Espiritu Santo – jeden dzień na największej wyspie Vanuatu

Elastyczne planowanie

Dopłynęliśmy z Epi na Espiritu Santo. Chciałoby się wejść na najwyższy szczyt kraju, ale biorąc pod uwagę, że byłaby to mordęga w błocie, na szczyt bez szczególnych widoków, za horrendalne pieniądze (Vanuatańczycy mają dość luźny stosunek do wartości pieniądza, a skoro jest popyt i skoro jesteś już na miejscu, to prawdopodobnie zapłacisz…) – zrezygnowaliśmy. Zresztą ze studenckim budżetem pobyt na Vanuatu przyzwyczaił nas do tego typu decyzji.

Noclegi też były drogie, natomiast przy cumowaniu jakoś dogadaliśmy się z jednym z pasażerów, który pozwolił nam przenocować u siebie w ogrodzie. O ile dobrze pamiętam po drugiej stronie rzeki w okolicy dzielnicy „Mango station”, dziś patrząc na mapy (wtedy niedostępne) widzę inne nazwy części Luganville takie jak „Red Corner” czy „Pepsi”…


Million Dollar Point

Plan na jutro – dowiedzieć się kiedy można popłynąć dalej, wyglada jednak na to, że nie zdarzy się to niebawem. Najważniejszym punktem na wyspie jest Million Dollar Point, gdzie niezwyciężona armia Amerykańska podczas odwrotu postanowiła zostawić to co miała bo nie opłacało się zabierać tego z powrotem. Ponoć miejscowi nie byli chętni żeby odkupić sprzęt za bezcen, tak więc wyrzucono wszystko na plażę. Teraz zaś można zobaczyć tony zardzewiałego żelastwa na plaży i pod wodą. Ponoć były nawet butelki po coca-coli… Część plaży jest nawet przyjemna, część wybrzeża wygląda jak złomowisko, natomiast snorkeling w tym miejscu otwiera na super doświadczenia – koralowce porastające stary sprzęt wojskowy lub zarastające lufę – bezcenne!


Riri Blue Hole „Blue Hol”

Postanowiliśmy autostopem dostać się do blue hole położonej kilkanaście kilometrów za miastem, co nawet łatwo poszło. Po drodze mijaliśmy plantacje i wytwórnie kopry, a słodkawy zapach oleju kokosowoego towarzyszył nam przez całą drogę. Sama niebieska dziura była przyjemnym niszowym miejscem, gdzie mogliśmy wykąpać się w krystalicznej wodzie w dżungli. Jednak najbardziej zapadł nam w pamięć van którym nas podwieziono, miał on tak luźne drzwi, które podczas otwierania de facto odpadały. Wywierzysko było imponujące, i jest jedną z wielu atrakcji na wyspie wynikającej z występowania tam zjawisk krasowych.


Dalej w kierunku Ambae

Rano uzyskaliśmy mgliste informacje, że jednak może wieczorem odpłynie jakiś statek – wróciliśmy do portu, gdzie zgromadziliśmy potężną audiencję w sposób zupełnie niezamierzony – rozpalaliśmy maszynkę primusa, a krzesiwo jak i rakietowy odgłos palnika omnifuel zrobił ogromne wrażenie.

Zaokrętowaliśmy się na drugi najgorszy dotychczas statek w całej podróży i popłynęliśmy na Ambae, cóż, jeszcze bardziej nic nieznaczącą wyspę na Pacyfiku…


Możliwość komentowania została wyłączona.