Malye Karely | Małyje Korieły, święto chleba, skitouring, daleka północ.5 min read

Skansen wydaje się być zazwyczaj miejscem dla pasjonatów-nudziarzy. Bo po co oglądać stare budynki… Tym razem jednak skansen ożył!

Nawet nie zamierzam wszczynać polemiki – sam przecież tak nie uważam. Z drugiej strony nie da się ukryć, że ta wrześniowa niedziela sprawiła, że wizyta w skansenie wydawała się dużo ciekawsza i dużo bardziej zajmująca niż zazwyczaj. Nastał bowiem czas prażdnika chleba, czyli święta chleba, o którym usłyszeliśmy parę razy, przez cały tydzień w Archangielsku. Dlatego tuż po niemal konspiracyjnej Mszy Świętej w mieście wsiedliśmy w maleńki autobusik, który wykonywał jedną z najdłuższych miejskich tras do wioski Malye Karely gdzie mieści się potężny, bo 138 hektarowy, skansen. To tam miało odbywać święto, które jakoś podświadomie łączyłem z dożynkami.

Wtopić się w tłum

Do skansenu przyjechaliśmy wieloosobową ekipą i w wielkim ścisku dojechaliśmy na przedmieścia Archangielska. Niska, drewniana zabudowa nad rzeką Dwiną bardzo przyjemnie komponowała się z leśnym otoczeniem. Ruszyliśmy do kasy biletowej gdzie okazało się ponownie, że Rosja nie jest krajem przyjaznym obcokrajowcom i cena wstępu dla nie-Rosjan jest dużo wyższa. Cóż, czas więc kombinować, i wypróbować jak działa podszywanie się pod Rosjan. Wysłaliśmy naszą koleżankę, wspólnie z którą uznaliśmy, że ma najbardziej słowiańskie rysy, aby kupiła bilety dla całej grupy. Parę minut oczekiwania i… udało się bez problemu. To był pierwszy z wielu momentów w Rosji, gdzie do momentu, gdy nie odzywaliśmy się dużo, traktowani byliśmy jak tubylcy.

Świętowanie na północy

W centralnym miejscu skansenu dokonywano właśnie nominacji najpiękniejszego chleba. I choć minęły bodaj dwie czy trzy godziny od oficjalnego rozpoczęcia (spóźniliśmy się na nieczęsto jadący autobus) to właśnie było apogeum całej imprezy i wkrótce po nagrodzeniu najpiękniejszych bochenków nastąpił raptowny finał wydarzenia. Zdążyliśmy rzucić okiem na stragany z bardzo smacznymi wypiekami na słodko i słono, na tradycyjne miody i zioła. Nawet nieco popróbowaliśmy. Chwilę później załapaliśmy się na kęs jednego ze zwycięskich wypieków, obejrzeliśmy lekcję młócenia dla dzieci i… zrobiło się pustawo. Nie tak jak na naszych dożynkach trwających całe długie popołudnie. Czy to północna przezorność wynikająca ze strachu przed zimnem, czy może święto chleba aż tak nie porusza serca? A gdzie muzyka, gdzie pijaństwo? Nieco zawiedzeni, ruszyliśmy już na tradycyjne zwiedzanie. Na oficjalnej stronie można zobaczyć też elementy jakich nie widzieliśmy, np. maleńkie żniwa wykonywane w całości ręcznie, ale bardziej chodziło mi o to, żeby zobaczyć jak bawią się Rosjanie.

XVI wieczne drewno

Obiekty, jak to w skansenach bywa, zostały przewiezione z małych wiosek i miejscowości w okolicy. Przywieziono je rozebrane w częściach, a następnie złożono w nowym miejscu. Najbardziej imponujące są dwie cerkwie i dzwonnica. Pochodzą one z miejscowości Kuługa-Drakowanowo, Kuszereka,  Werszyny, a najstarsze liczą sobie co najmniej cztery stulecia. I choć do ikony rosyjskiej snycerki – Kościoła w Kiży na wyspie na jeziorze Onega – brakuje im paru rzędów kopuł i daszków – usatysfakcjonowały one mnie jako doskonałe przykłady architektury drewnianej Rosji. Swoją drogą, resztę uzupełniał rząd starych drewnianych budynkow w jednej z dzielnic Archangielska.

Oprócz tego, w skansenie znajduje się dużo tradycyjnych domostw, tartaków, spichlerzy oraz wizytówka skansenu – drewniane młyny. Całość rozłożona jest na dwóch wzgórzach rozdzielonych bagnistym jarem, który pokonać możemy po zmyślnym pomoście

Co łączy Karelczyków i ski-tourowców

Ucieszył nas bardzo fakt, że do bardzo wielu budynków w skansenie można było wchodzić, a ponadto w wielu z nich umieszczona była ekspozycja. Nas najbardziej urzekła ta o rybołóstwie z zaprezentowanymi łodziami i harpunami oraz jedna z chat, gdzie zupełnie przypadkowo skupiłem swoją uwagę na elemencie ekspozycji, który nie stał na jakimś szczególnym miejscu. Były to stare Karelskie narty. Narty same w sobie pochodzą z północy, ze Skandynawii i używane były pierwotnie jako środek to przemieszczania się przede wszystkim w poziomie. Innymi słowy, pierwsze narty były dużo bardziej pokrewne nartom biegowym niż zjazdowym. Po prostu zapobiegały zapadaniu się w śniegu i pozwalały oszczędzać energię. Jedną z części integralnych w ówczesnych nartach były foki. I to właśnie jest słowo-klucz łączące dzisiejszych narciarzy i Karelczyków. Bo właśnie tak samo nazywa się materiał przyklejany współcześnie do spodnich części nart, aby umożliwić podejście a zapobiec zsuwaniu w tył. I dokładnie taki sam element nart posiadały ludy Północy, przy czym on rzeczywiście był wykonany ze skóry foki. Podczas ruchu „z włosem” ślizgało się po śniegu, „pod włos” stawało się w miejscu. I właśnie w skansenie pod Archangielskiem po raz pierwszy zobaczyłem narty zaopatrzone w futro (niestety chyba nie stricte focze), które dały początek jednej z moich ulubionych zimowych aktywności.

Informacje praktyczne

Do skansenu można z łatwością trafić busikiem z Archangielska (który całkiem szybko zapełnia się, więc warto wsiadać w centrum miasta). Bilet kosztuje 64 rubli w jedną stronę, a autobusy jadące do skansenu to 104 i 108. Bilety wstępu, tak jak wspomniałem, są parę razy droższe dla nie-Rosjan, my płaciliśmy cenę dla lokalsów: 250 RUB za osobę.

 

Inne przygody