Levuka
Na liście UNESCO znajdują się dwa miejsca leżące w Fidżi. Jednym z nich jest Levuka, pierwsza stolica tego kraju, małe kolonialne miasto położone na małej wyspie Ovalau. To ciekawe, że stolicę kraju wymyślono właśnie w tamtym miejscu, gdzie jest tak niewiele miejsca – dziś miejscowość liczy jedynie cztery tysiące mieszkańców. Levuka stanowi ikonę kolonialnego miasteczka – drewniana zabudowa, żywe kolory, parę budynków użyteczności państwowej i jeden hotel.



Hotel Royal
Wyspa Ovalau, zgodnie z nazwą jest owalna (to żart), droga dookoła wyspy prowadzi czasami niezwykle blisko wybrzeża, pomiędzy rafą koralową a wzgórzami. Trafiliśmy na miejsce w środku nocy i jak zwykle na Fidżi z trudem poszukiwaliśmy taniego noclegu. Co ciekawe – pomimo wysypu guesthousów wyraźnie marnej jakości – jednym z najtańszych miejsc był najstarszy hotel w kraju, jedyny w miejscowości – Hotel Levuka. Spory, wiekowy budynek bardzo pasował do otoczenia, a nasz pokój sam w sobie był atrakcyjny, co jest rzadkie, gdy jako prioytet stawiamy niską cenę. Dostaliśmy dwupokojowy apartament z łazienką, cały wykonany w drewnie, z trzema dużymi oknami z widokiem na Ocean. Wiekowy, owszem, jednak to przecież dużo lepsze niż betonowo-plastikowe klitki, w których nie raz przyszło nam spać.



Fidżijska niedziela
Następnego dnia była niedziela. Wybraliśmy się do zabytkowego kościoła katolickiego, gdzie uczestniczyliśmy w Mszy Świętej. Również było kolorowo, jak na Nowej Kaledonii czy Vanuatu, natomiast po raz pierwszy uczestniczyliśmy boso, bo taki był zwyczaj.


Przespacerowaliśmy się przez miasteczko, a następnie podążyliśmy na południe wzdłuż brzegu wyspy. Przechodząc wzdłuż osady Tokuo zostaliśmy zagadnięci przez młodego mężczyznę: co tu robimy, gdzie idziemy; ja zapytałem czy da się wyjść pod bazaltowy ostaniec górujący nad okolicą. Na dobrą sprawę był on kilkaset metrów za domem naszego nowopoznanego rozmówcy. Okazało się, że nie był on tam ani razu, ale może z nami się wybrać. Ruszyliśmy więc przez wysokie trawy prowadzeni przez bosego przewodnika i w końcu stanęliśmy na wzgórzu z przepięknym widokiem rafy koralowej otaczającej Ovalau. Skała była do zdobycia wspinaczką, tak więc musieliśmy zadowolić się widokiem spod niej. Żeby nie było nudno, pan wyciągnął z paczki zapałek ususzony kwiat marihuany i pochwalił się, żę ma 🙂 No cóż, pomyśleliśmy, dopóki nie będzie zamierzał tego w nas wmusić, to nic się nie dzieje. Dodatkowo pochwalił się, że cała jego wioska jest na czarnej liście („black list”) fidżijskiej policji, właśnie za hodowlę. Podobno gdzieś tutaj, na wzgórzach znajduje się uprawa. Rzeczywiście wysokie na dwa metry, falujące srebrzyste łany traw są w stanie wiele ukryć. Po zejściu ze wzgórza, przedstawił on nam swoją żonę i zaproponował kokosa. Jako, że kokosem nigdy nie wzgardzaliśmy i teraz chętnie przystaliśmy na propozycję. Co więcej okazało się, że będzie to młody kokos – do wypicia. Czyli jeszcze lepiej. Podczas gdy my rozmawialiśmy z uroczą małżonką, nasz przewodnik za pomocą długiego bambusowego drąga strząsał świeże kokosy z palmy. Zostaliśmy przeproszeni, że nie zdejmował kokosa własnoręcznie, ale ze względu na niedzielę nie wolno wchodzić na drzewa. Hodowla marihuany swoją drogą, ale broń Boże rękami kokosy zbierać!
Piesza eksploracja okolicy





Nieszpory
Rozbawieni całą historią, niosąc kokosy wracaliśmy do Levuki, po drodze oglądając jeszcze jak wygląda Fidżijski cmentarz. Nagrobki są białe, i dosyć skromnie udekorowane.
Po dotarciu z powrotem do miejscowości, postanowiliśmy jeszcze pójść do wiosek na północ, gdzie miały znajdować się wodospady. Ciekawy był to spacer. W niedzielne popołudnie wszyscy, niezależnie od wyznania, gromadzili się w swoich kościołach na nieszpory. Gdy dotarliśmy do następnej wioski, odświętnie ubrani ludzie właśnie wychodzili z kościoła. Zapytaliśmy o wodospad – jest tutaj w dolinie, moglibyśmy Was zaprowadzić, ale jest niedziela. Podobnie niestosowne miało być nasze samodzielne wybranie się na miejsce. Cóż, takiego świętowania niedzieli spodziewaliśmy się i owszem, ale w Tonga, a nie na Fidżi.





