Zielone jak zorza – polowanie na zorzę polarną w Troms og Finnmark

Jak zrobić, żeby mieć szansę, żeby zobaczyć zorzę polarną? Oto jest pytanie. Na wstępie zaznaczę, że kluczowe są tutaj czynniki od nas niezależne, czyli zachmurzenie i aktywność słoneczna. A na pozostałe elementy mamy wpływ, i warto pomóc szczęściu.

0. Zorzę widać w nocy, ale nie każdej nocy. To oczywiste.

1. Zorzę widać lepiej, gdy nie świeci księżyc. Łatwiej też ją fotografować.

2. Zorza świeci w nocy, na ogół w pierwszej jej części (20-24). Dlatego siedzenie po ciemku w noc polarną w grudniu tak naprawdę nie jest wartością dodaną. Chyba, że macie co pić…

3. Pogoda końcem zimy wydaje się być lepsza niż w środku zimy. Poza tym mamy dłuższy dzień.

4. Warto przylecieć do Tromso (lub wylecieć) w nocy. Jeśli nawet jest zła pogoda, to samolot wzbija się ponad chmury, i teoretycznie mamy szansę na widowisko w powietrzu! 

5. Zorzę widać najczęściej na północnym niebie. Warto przypilnować by nie zasłaniała go nam ściana gór.


Miałem to ogromne szczęście, że posiadałem tę wiedzę przed zakupem biletu do Norwegii. Wybraliśmy się więc do Tromso w marcu, gdzie dzień trwał 12 godzin, był koniec ostatniej kwadry księżyca (nów był chyba dzień po wylocie), a sam wylot był około 20 w nocy. Lot powrotny kosztował (GDN-TOS) nas jakieś 350 złotych od osoby. 

Z ciekawostek – samochód wypożyczyliśmy prywatnie dzięki aplikacji Getaround (Volvo V60 za około 1000 złotych na 4 dni) (aplikacja sprawdzona  trzykrotnie w Tromso, bez problemów, ciekawe spotkania z miejscowymi), a domek wynajęliśmy na końcu świata w nic nam wtedy nie mówiącym Grunnfjorden, za 1300 złotych (na 3 noce, dla 6 dorosłych w 3 pokojach!!!). Po co o tym piszę? Żeby pokazać, że takie okazje się zdarzają i lepiej spróbować coś zorganizować, zamiast założyć, że się nie da. Już na lotnisku w Gdańsku nawiązaliśmy rozmowę z Polakiem, przewodnikiem „po zorzy”, który wśród najlepszych miejsc do obserwowania zorzy wymienił właśnie Grunfjord. Zaraz, zaraz, to chyba tam musimy jechać na nocleg dziś popołudniu…

A co jeśli nie zobaczę zorzy? No właśnie, wyjazd do Norwegii to nie jest najtańsza sprawa (nie jest też skrajnie droga, jak niektórzy mogą sądzić, patrz powyżej), dlatego warto zrobić tak, żeby być zadowolonym z wycieczki pomimo braku szczęścia do zorzy. Czyli przygotować się na zwiedzanie zimowej Norwegii. Jak? Wypożyczyć samochód, eksplorować okolice Tromso, rozważyć zabranie/wypożyczenie nart biegowych/nart zjazdowych, łyżew. Wybrać się promem na pobliskie wyspy. Część z promów jest darmowa. Serio.

-Palisz?

-Nie

-Szkoda. Masz mniejsze szanse zobaczyć zorzę… – Podsumował właściciel domku, w którym mieszkaliśmy.

Nasz wyjazd zatem, był zaplanowany jak każdy inny, to znaczy w ciągu dnia mieliśmy zaplanowane zwiedzanie i aktywności na świeżym powietrzu. Wieczorem zaś pełniliśmy dyżur nad piwem „Zorza”, gdzie co chwilę wychodziliśmy „na dymka” – to znaczy za drzwi zerknąć na niebo, czy coś się nie kroi na niebie. Życie nałogowca.

Pierwszej nocy widzieliśmy blade zielone pasmo. Byłem już zadowolony, choć tak naprawdę niebo wyglądało ślicznie tylko na zdjęciach. Uknuliśmy już teorię, w której Ci co widzieli zorzę zachwalają zjawisko, pokazują świetne zdjęcia, a zatajają fakt, że zielone niebo ledwo widać gołym okiem. Stres opadł, Aurora, choć słaba, zaliczona.

Następnej nocy wyszedłem po obiedzie, prawie w momencie, gdy zastanawialiśmy jak to będziemy dyżurować tego wieczoru. Wparowałem z powrotem i nie mogłem wypowiedzieć słowa! Wszyscy w mig pojęli i wyszli na zewnątrz. Zaczęło się.  Wyraźne fluoryzujące pasy poruszały się powoli na niebie na północy i zaczęły na zachodzie. Było tak pięknie, że wkrótce po słowach zachwytu zaczęliśmy się śmiać z siebie – na co my wczoraj patrzyliśmy, frajerzy… Potem sesja zdjęciowa, statyw na dachu aparatu, próby portretu z Aurorą w tle. Warto dodać – nawet zdjęcia z telefonu wychodziły super. Minęło trochę czasu, zrobiłem kilka różnych ujęć, podreptałem nad taflę fjordu i wszyscy powoli zaczęli się wykruszać, pogodna noc była mroźna (jakieś -6 do -10). Postanowiłem jednak sprawdzić, choć było to zupełnie absurdalne, jak wygląda niebo z wielkiego pustego parkingu przed miejscowością Grunnfjorden, choć było to jakieś 3 kilometry drogi. Z M. wskoczyliśmy do Volvo i podjechaliśmy na parking… pełen autobusów. Ludzie z kubkami w ręku wyciągali z bagażnika skóry do siedzenia na śniegu, wszędzie sterczały statywy, migotały latarki, tłoczno jak na targu! Warto było zobaczyć i to. Warto wiedzieć jak wyglądają drogie nocne wycieczki z Tromso i wiedzieć, że da się zorze oglądać z własnego pustego ogródka. Widok z parkingu był taki jak „od nas”, tylko, że wszędzie były latarki, lampy błyskowe… Powolutku zawróciliśmy i wtem z naszych gardeł wyrwało się gromkie, pierwotne i jakże polskie:

-O ku***!

(nie ma co udawać, że było inaczej)

Natychmiast zaparkowałem przy poboczu, wyskoczyliśmy z auta i zanim daliśmy sobie chwilę na podziwianie drgającego, szybkiego tańca zielonych strumieni połyskujących gwiazdami, chwyciliśmy za telefon, żeby zadzwonić do reszty ekipy. Komunikat zawierał mało słów, raczej rozemocjonowane wycie, żeby czym prędzej wyjść na zewnątrz! Bo to co działo się nad naszymi głowami jest nie do opisania. Zresztą za naszymi plecami słyszeliśmy pomruk zadowolenia ekip autobusowych, tak jakbyśmy potrzebowali potwierdzenia…

Trzecia noc była częściowo pochmurna, w pełni zadowolenia już spędzaliśmy więcej czasu na rozmowie, zerkaliśmy już za okno i na kamerki internetowe. Nie ma zorzy – nie szkodzi, wczorajszy spektakl wystarczył.

Wylot z Tromso. Sprawa jest nieco skomplikowana. Łuna miasta, refleksy w szybie (po co w tym samolocie świeci się światło!), światło w skrzydle samolotu co chwilę miga. S. mówi, że coś widziała, nie było to jednak imponujące. Nie szkodzi, to był tylko plan B, a plan A udał się w stu procentach.


Co zobaczyliśmy w Troms.

Troms, czyli czyli część norweskiego „województwa” Troms og Finnmark, ma do zaoferowania w pierwszej kolejności bezkres przyrody. Nie ma tu atrakcji światowej klasy w postaci Geriangerfjord czy Trolltunga, niemniej krajobrazy są po Norwesku piękne, a położone na północ od Tromso Alpy Lyngeńskie są strzeliste i bardzo „górskie” mimo niezbyt imponującej wysokości. Mając bazę wypadową w Grunfjord postanowiliśmy wyeksplorować wszystkie cyple lądowe odchodzące na zachód od Tromso, będące de facto wyspami. Trasę na wschód od Tromso znaliśmy z naszej wyprawy na Nordkapp.


Grunnfjorden

Fjord u wejścia którego znajduje się duży parking, gdzie nocą przyjeżdżają wycieczki autobusowe z Tromso. My mieliśmy szczęście tam mieszkać – a nie wiedzieliśmy, że to taka słynna lokalizacja.


Rejs po Oceanie Arktycznym? Wyspa Vannøya

W miejscowości Hansnes znajduje się terminal promowy na wyspę Vannøya, która stanowi jakby jedną głęboką dolinę otoczoną pasmem górskim. Prom jest za darmo, na statku mamy mapkę pokazującą gdzie się znajdujemy, a gdy zbliżamy się coraz bardziej do przystani docelowej, tym lepiej na wschodzie widzimy Alpy Lyngeńskie. Gdyby się uprzeć – możemy powiedzieć że płyniemy po Oceanie Arktycznym. Na wyspie jest jakieś 60 kilometrów dróg, można pojechać w prawo albo w lewo. W prawo, u stóp strzelistych gór dojeżdżamy do miejscowości Kristoffervalen, gdzie renifery chodzą po dachach domów, w lewo droga wzdłuż wybrzeża prowadzi do archipelagu podłużnych wysp, gdzie w przejrzystej błękitnej wodzie bawią się foki. Na końcu drogi w Buroysund wreszcie widać Skipfjord, zasadniczą strukturę na wyspie. Po drodze przejeżdżamy przez śnieżny płaskowyż, gdzie czujemy się jak na końcu świata. Aha, po drodze jest piękna plaża Sandsletta, parkujemy przy kościółku i cmentarzu. Śniegu jest tyle, że ani na plażę ani na cmentarz nie da się dobrnąćw rozsądnym czasie, a ostatni prom zaraz będzie odpływał. Z naprzeciwka mija nas rozpędzona karetka, szumiąca oponami z kolcami. Arktyczna karetka. Gdy będziemy płynąć promem z powrotem, delektując się barwami nieba, z naprzeciwka minie nas wodne pogotowie – statek, który zabiera pacjentów i dowozi do Tromso. Być może mijana karetka i statek dotyczyły tego samego przypadku.


Wielka pętla po Kvaloya. Biegówki nad morzem.

Innego dnia wyruszyliśmy na wielką pętlę otaczającą zatoki i półwyspy postrzępionego wybrzeża na zachód od Tromso, to znaczy po wyspie Kvaloya – choć tego nie czujemy z powodu połączenia wszystkich większych wysp podwodnymi tunelami. Najpierw czeka nas przejazd tunelem Kvalsundtunellen (jakieś 50 metrów poniżej lustra wody).

Pierwszym przystankiem jest Ersflortdbotn, a w zasadzie parking ponad miejscowością otoczoną sumetrycznym i potężnym fiordem długości ponad 10 kilometrów.

Dalej droga prowadzi na zachód, można powiedzieć w góry – to znaczy chwilowo widać tylko góry, i ze względu na brak nadmorskich wiosek czujemy się jak gdzieś w sercu tundry. Z parkingów wyruszają narciarze skiturowi, góry wysokości Chrobaczej Łąki budzą respekt.

Następnym przystankiem były okolice  krzywego mostu na Sommarøy, danie główne naszej wycieczki. To wyspa, a w zasadzie szkieropodobny archipelag płaskich wyspek z piaszczystymi plażami i turkusową wodą… przypominam – za Kołem Podbiegunowym. Właśnie wyszło słońce gdy tam dojechaliśmy, a jako, że śnieg bezpośrednio dochodził do plaży – postanowiliśmy pobiegać na nartach, tak dla przyjemności, bez konkretnej trasy – i w ten sposób zdobyliśmy dla narciarstwa biegowego stumetrową wyspę Guraholmen. Zjazd na nartach na plażę – bezcenny.

Droga południem wyspy miała swoje ciekawe aspekty – oglądaliśmy życie tubylców przystosowanych do śnieżnej aury, ogromne pługi śnieżne i staraliśmy się nie wypaść z białej przecież drogi.

Ciekawy przystanek z petroglifami przy miejscowości Hella potraktowaliśmy na wesoło, petroglify trzeba był odkopać ze śniegu, no i cóż – nie było ich zbyt wiele…

Ostatnim przystankiem, którego nie mieliśmy w planach było bardzo interesujęce  miejsce gdzie zatopiono niemiecki pancernik Tirpitz. Malutkim mostkiem przejechaliśmy na wyspę Håkøya, gdzie mieścił się pomnik, a na nabrzeżu leżała cała masa żelastwa – nie sposób jednak było stwierdzić czy to pozostałości pancernika czy pomostu do niego prowadzącego

Wieczorem odbijamy jeszcze do Kvaløyvågen, i można powiedzieć, że zajrzeliśmy w prawie każdy zakątek wyspy.


Biegówki na jeziorze, Halo, czyli dzień pięknej przyrody.

Chcieliśmy jeszcze raz wykorzystać narty, skoro wpakowaliśmy je do samolotu po uprzednim przewiezieniu przez całą Polskę. Wybraliśmy drogę na Skogsfjiord, gdzie na przełęczy (150m.n.p.m sic!) znaleźliśmy wygrzebany w śniegu parking i sporo zaparkowanych aut. Szeroka dolinka zapraszała żeby pobiegać. Szlak biegł przez mostek nad rzeczką, a na jeziorze widzieliśmy rozbite namioty, gdzie dwóch ojców zabrało dzieciaki na łowienie ryb w przeręblu. Z własnymi dziećmi na nartach na zamarzniętym jeziorze czuliśmy się jak przeciętni mieszkańcy okolic Tromso…

Kilkastet metrów dalej znajdowało się jezioro Solltindvatnet do którego dotarliśmy brnąc przez karłowate brzozy. Przed nami ukazała się wielka biała płaska tafla z południowym słońcem otoczonym niesamowitym halo, rzadkim zjawiskiem atmosferycznym wynikającym z rozproszenia się światła wokół drobinek lodu. Żeby było ambitniej, nie mieliśmy tutaj do czynienia z typowym halo 22 stopniowym, tylko z dużo rzadszym halo 46 stopniowym.

Mój nowy obiektyw do fotografowania zorzy ma kąt widzenia wynoszący 99.1 stopnia, i to m.in nim wykonałem poniższe zdjęcia, można policzyć, że to właśnie z tym efektem mieliśmy do czynienia odpoczywając na jeziorze i zastanawiając się co jest większym unikatem – zorza czy to halo…


Tromsø

W Tromsø spodobały nam się rozpalone przed knajpkami ogniska i nabrzeże na tle monumenatalnej Tromsdaltinden. I choć czuliśmy, że cel zimowej wyprawy za koło podbiegunowe udało się zrealizować, polski ksiądz podniósł poprzeczkę (w Tromsø prowadzą działalność misyjną) opowiadając o odprawianiu mszy na Spitspbergenie, co podsumował: „Tym razem Krew Pańską musiałem zjeść”.


Możliwość komentowania została wyłączona.