Wędrując The Skye Trail21 min read

– a może do Szkocji? – to właśnie od tego smsa wszystko się zaczęło.

Skoro Nowa Kaledonia nazywa się na wzór Kaledonii (czyli dawnego określenia Szkocji), a Vanuatu było zwane Nowymi Hebrydami, a do (Starych) Hebrydów należy wyspa Skye – nie powinniśmy się zawieść.

Tej zimy postanowiliśmy zorganizować wyrypę gdzieś dalej. Gdzieś polecieć, może w jakieś cieplejsze strony. I choć można było trafić do Portugalii za niewielkie pieniądze to postawiliśmy właśnie na Szkocję. I dobrze, bo mówi się, że luty w Szkocji to całkiem pogodny miesiąc, prawie tak jak najpopularniejszy maj, kiedy pogoda jest ponoć najlepsza. Teraz boję się jechać do Szkocji drugi raz, ponieważ za pierwszym była tak dobra pogoda, że lepszej nie będzie. Przez cały tydzień ani razu nie padał deszcz, przez większość czasu mieliśmy słońce, a śnieżna pogoda zastała nas tylko w masywie Ben Nevisa i uniemożliwiła nam wejście na sam szczyt. Było to jednak w tych dniach gdy całe wyspy brytyjskie były sparaliżowane opadami śniegu i gdybyśmy odlatywali dzień bądź dwa wcześniej to zapewne odwołano by nasz lot.

Zaczęło się całkiem zimowo i z opóźnieniem.

Naszym pierwszym pomysłem było przejście West Highland Way, długodystansowego szlaku pieszego który łączy Fort William z Glasgow. Prowadzi on w niesamowitej górskiej scenerii m.in. doliny Glencoe. Jednakże przygotowując się do tego przejścia uświadomiliśmy sobie, że prowadzi ono przez większość czasu na całkiem niewielkiej wysokości, zasadniczo około 300 m nad poziomem morza i tylko w jednym czy dwóch miejscach wspina się wyżej. Dlatego postanowiliśmy, że chcielibyśmy sprawdzić czegoś jeszcze bardziej górskiego. Choć na tym szlaku pięknych widoków nie brakuje, analizując inne atrakcje, które byłyby w zasięgu naszych możliwości transportu z Glasgow wreszcie natrafiliśmy na wyspę Skye. Nie bez powodu uchodzi ona za największą atrakcje przyrodniczą w Szkocji ze swoim zróżnicowanym wybrzeżem oraz całkiem wysokimi górami, które strzelają prosto z nadmorskich zatok. Problem jednak był inny – żeby dostać się na wyspę Skye potrzeba było pokonać jakieś 350 km drogi, a w drodze powrotnej dodatkowo około 80 czyli tyle, ile mniej więcej trzeba przejechać żeby dostać się z północy wyspy na południe, gdzie znajduje się most łączący wyspę z lądem. Jednakże atrakcyjność samej wyspy sprawiła, że postanowiliśmy zaryzykować i spróbować się tam dostać. Ze względu na niskokosztowy charakter naszego wyjazdu i wysokie ceny transportu publicznego postanowiliśmy spróbować autostopu, a jeśli nic z tego by nie wyszło to planowaliśmy zrealizować pomysł pierwotny, czyli West Highland Way zaczynając od samego Glasgow.

Początek autostopowej podróży

Z lotniska w Glasgow wyruszyliśmy jak najszybciej autobusem na obrzeża miasta – nasz lot i tak był opóźniony dwie godziny ,a planem było przebycie całej drogi do wyspy Skye w jeden dzień. Inaczej wybieranie się podczas takiego stosunkowo krótkiego wypadu bez samochodu straciłoby sens. Naszym pierwszym i przedostatnim autostopowym kierowcą był Rumun z miejscowości Galati i podwiózł nas jakieś 10-15 mil w stronę jeziora Loch Lomond, gdzie po przedreptaniu kilkuset metrów znów zaczęliśmy łapać stopa z kartką z wielkim napisem NORTH, nie określając dokładnie gdzie chcemy jechać, ponieważ niemożliwym było, że ktoś jechałby wprost na wyspę Skye, a droga przy której staliśmy miała przebieg północ-południe. Zatem taki napis dawał w naszej ocenie największe szanse na złapanie jakiegoś samochodu. Po chwili rzeczywiście zatrzymał się przy nas terenowy Land Rover i miły młody człowiek (imiona jednak wylatują z głowy) zapytał nas dokąd jedziemy.

– docelowo na wyspę Skye – powiedziałem, na co on odparł, że może nas zabrać kawałek, ale na samą wyspę nie jedzie. Dokładnie tak jak tego się spodziewaliśmy.

Gdy wsiedliśmy do samochodu on skończył rozmowę telefoniczną i zaczął mówić

– czy wy powiedzieliście mi, że chcecie wybrać się na wyspę Skye?

– tak

– powiedziałem wam, że podwiozę was trochę, dlatego że rozmawiałem ze swoją dziewczyną. Ona jest z wyspy Skye i nie wie, że wybieram się do niej, więc jeśli chcecie ze mną przejechać ten kawał drogi to zapraszam…

Chyba nie ma sensu opisywać tego jak bardzo byliśmy szczęśliwi i jak bardzo ten zbieg okoliczności ułatwił nam całą podróż. Przez następne 4 czy 5 godzin jechaliśmy w bardzo wygodnych warunkach z niezwykle fascynującym człowiekiem który zajmuje się szkutnictwem i stolarką i pochodzi z wyspy Mull. To, że był to ciekawy dzień to mało powiedziane – mogliśmy poznać ten wymiar Szkocji, którego próżno szukać w pustych górach, poznaliśmy całkiem wesołego człowieka, którego mogliśmy zapytać o wszystko co zaciekawiło nas podczas podróży przez Szkocję – od kwestii nauczania w szkole języków galeickich po brexit. W końcu po minięciu zrekonstruowanych ruin zamku Elian Donnan oraz mostu na wyspę Skye rozstaliśmy się, robiąc sobie pamiątkowe zdjęcie. On chciał uwiecznić dwóch szalonych Polaków, których zabrał na stopa na prawie całą drogę z Glasgow, bo jak mówił, nikt by mu w to nie uwierzył. Ruszyliśmy pieszo, drogą prowadzącą w stronę The Cuillin podziwiając szkockie wzgórza i łąki, stwierdziliśmy jednak szybko, że pozostałe kilkanaście kilometrów asfaltową drogą prowadzącą do masywu nie jest aż tak atrakcyjne, więc jeszcze raz chcieliśmy zatrzymać auto. Zatrzymał się hipisowski volkswagen z wesołą Czeszką i jej chłopakiem Szkotem, którzy z niezwykłą zręcznością i nonszalancją poruszali się po wąskich jednopasmowych drogach wyspy Skye. Już po zmroku wyruszyliśmy na szlak zachwyceni, ile da zrobić się w ciągu jednego dnia – zaczynając od mroźnego i śnieżnego poranka w Krakowie, opóźnionego o prawie dwie godziny lotu i setki kilometrów pokonanych samochodem. Po przejściu w poprzek grzbietu ukazała nam się grań Cuillin – teraz czekało nas zejście do Zatoki Camasunary, gdzie miała znajdować się chata tak zwana Bothy utrzymywana przez Mountain Bothies Association. Rzeczywiście chatka istniała, a w środku spało już paru podróżników, a my zadowoleni przygotowaliśmy kolację i dyskutowaliśmy co zrobić następnego dnia. Z racji pory nie było widać dobrze okolicy więc naszą największą rozterką było czy wchodzić na Bla Bheinn, jeden z munroes (czyli Szkockich szczytów przekraczających wysokość 3000 stóp, czyli 914 metrów), czy po prostu ruszyć na na północ podążając The Skye Trail.

Dzień 2

O poranku, gdy przywitał nas wspaniały wschód słońca i bezchmurne niebo nabrałem ochoty na zdobywanie okolicznych szczytów. Świadomy, że dobra pogoda nie jest w Szkocji normą, przystałem na pomysł Łukasza aby zmierzyć się z Bla Bheinn. Po pozostawieniu zbędnych rzeczy w chatce ruszyliśmy na wprost dolinką prowadzącą w kierunku przełęczy na południe od szczytu. Dolny fragment stanowiła droga, tak więc nie mieliśmy problemu z mchami i torfowiskami, natomiast później czekało nas poruszanie się w stosunkowo trudnym terenie. Na pewno sprzyjał nam mróz i fakt, że mchy były całkiem suche. Mozolnym podejściem zaczęliśmy trawersować coraz bardziej kamieniste zbocze, aż osiągnęliśmy przełęcz o wysokości około 540 m.n.p.m. skąd widzieliśmy południowo-wschodni fragment wyspy wraz z Beinn na Callich, wyglądającym jak prawie idealny wulkan. Dalsza część trasy to stosunkowo stroma (0-I) skała pokryta miejscami lodem. W paru małych żlebikach znajdował się śnieg i postanowiliśmy, że najłatwiej nam wysokość przyjdzie zdobywać tymi żlebami, jeśli tylko śnieg będzie odpowiedni. Rzeczywiście tak było, więc ruszyliśmy stromo w górę żlebem i tak osiągnęliśmy większość wysokości dzielącej nas od południowego, niższego o 4 metry szczytu. Widok z góry należał do tych oszałamiających – wokół nas całkiem górska sceneria, śnieg, wystające kamienie, przepaści, a w dole morskie zatoki i okoliczne wyspy… Gdy patrzyliśmy na północ widzieliśmy całą drogę, którą będziemy podążać przez następny dzień. Doliny wyściełane torfowiskami oraz liczne jeziorka. Droga na najwyższy wierzchołek prowadziła przez zaśnieżony, całkiem eksponowany fragment po wąskiej śnieżnej grani, który sobie odpuściliśmy.

Droga powrotna ze szczytu przysporzyła nam dużo satysfakcji zwłaszcza strome fragmenty żlebu, potem znowu torfowiska i droga stromo w dół. W niecałe 4 km zeszliśmy z szczytu o wysokości 924 nad poziom morza. Zabraliśmy jeszcze trochę jedzenia i poszliśmy na następną wycieczkę na lekko, tym razem na zachód od naszej zatoki.

Druga wycieczka z Camasunary Bay i bliskie spotkanie…

Celem miał być szczyt Sgurr na Stri z którego ma rozciągać się również piękny widok. Szczyt sam w sobie nie jest bardzo wysoki, ponieważ liczy zaledwie 497 m jednak będąc w Szkocji, szybko nauczyliśmy się nie przywiązywać wagi do cyferek. Postanowiliśmy też obejść wpierw górę z drugiej strony a po zdobyciu szczytu zejść prosto do naszej doliny z chatką. To był całkiem dobry pomysł, ponieważ nie powtarzaliśmy trasy, tak jak w przypadku Bla Bheinn i mieliśmy dużo atrakcji po drodze. Na początku trzeba było przekroczyć stosunkowo szeroką rzekę uchodzącą tuż przy plaży w naszej zatoce. Na szczęście poziom wody był niski i po niewielkich wystających z wody kamieniach przedostaliśmy się na drugą stronę.

Nagle, znienacka ogarnął nas huk i dźwięk, jakby miał się kończyć świat. Z  nienaturalnym opóźnieniem pojawiły się dwa myśliwce, które leciały całkiem nisko, jako pilot drona powiedziałbym, że poniżej 150 metrów nad doliną. Zdążyłem rozdziawić gębę i pokazać palcem na czarne plamy na niebie, jednocześnie wyszarpując aparat z torby. Dwa samoloty, najprawdopodobniej Typhoony śmignęły nam nad głowami, schowały się za górą i jeszcze raz przeleciały obok. Faktycznie, jak to napisał jakiś szkocki górski wyjadacz – myśliwce RAF to może być najstraszniejsza rzecz w tych górach. Niedźwiedzi przecież nie ma. Podobno ćwiczenia nad wyspą Skye czasem się zdarzają.

Następnie czekał nas spacer nad brzegiem oceanu prowadzący w stronę jeziora Loch Coruisk oraz zasadniczej części the Cuillin. Jest to wariant The Skye Trail, a jego największym hitem jest The Bad Step, czyli fragment skały tuż nad poziomem wody wymagający podstawowych umiejętności wspinaczkowych. Gdy powoli zbliżaliśmy się do niego po prawej stronie naszej ścieżki robiło się coraz bardziej stromo, a w pewnym momencie ścieżka zaczęła znikać. Mieliśmy do wyboru: stromizna po prawej albo ocean po lewej. Oczywiście trzeba było iść do przodu, wspiąć się na słynny The Bad Step i uwiecznić ten moment paroma zdjęciami. Tutaj dodam, że miejsce to nie jest w żaden sposób ubezpieczone co dodaje naturalnego charakteru miejsca, natomiast jakość skały i tarcie są bardzo dobre co sprawia, że wytrawni wędrowcy dadzą sobie radę. Nawet z dużym plecakiem, choć z pewnością nie będzie to wtedy łatwe i przy śliskiej skale może być nawet niebezpieczne. My wędrowaliśmy na lekko, całość sprzętu zostawiwszy w chatce. Nagrodą za przejście było wspaniałe jezioro Loch Coruisk, w którym odbijały się najwyższe szczyty wyspy Skye. Dalej podróżowaliśmy na północ, zachodnimi zboczami Sgurr na Stri, starając się jak najkrótszą drogą dojść do głównej ścieżki. Po dotarciu tam ruszyliśmy w stronę szczytu, a w zasadzie szczytów które przedzielone są głęboką na kilkanaście metrów rozpadliną, którą dochodzimy w partie pod szczytami. Szczyt zachodni oferuje niezwykły widok na Loch Coruisk oraz grań, wschodni z kolei pozwala na podziwianie zatoki oraz szczytu Bla Bheinn. Czekaliśmy aż do zachodu słońca, a następnie szybko ruszyliśmy z powrotem. Jakiś kilometr na północ od szczytu chcieliśmy znaleźć jakieś zejście do naszej doliny, tak żeby niepotrzebnie nie nakładać drogi, a jednocześnie nie trafić na zbyt trudne zejście. Trasa okazała się całkiem dobra, choć w paru miejscach przekonaliśmy się, że szkockie torfowiska potrafią istnieć nawet na bardzo stromym zboczu i nawet w takim miejscu można wpaść do błota sięgającego za kostkę. Już o zmroku doszliśmy do dna doliny i plażą dotarliśmy do dobrze już znanej nam chatki. Wygodnie nam tam było. Następnego dnia jednak musieliśmy ruszyć dalej na północ.

Dzień trzeci Glenn Sligachan, Portree i początek klifów.

Rano ruszyliśmy szlakiem prowadzącym doliną, a przed nami zaczęły kłębić się czarne chmury.

-Aha, czyli koniec dobrej pogody- pomyślałem

Sgurr na Gilean

Chmury zasłoniły na krótki moment widoki, a przez parę sekund sypał nawet śnieg. Jednak tak szybko, jak zła pogoda przyszła, tak szybko poszła i znów mogliśmy cieszyć się słońcem i wyjątkowymi widokami Sgurr na Gilean. Cała trasa dnem doliny była bardzo atrakcyjna, towarzyszył nam żółty kolor zimowych traw oraz surowość przyrody. Po 4 godzinach dotarliśmy do Sligachan Hotel gdzie znajduje się piękny kamienny most z równie pięknym tłem stworzonym przez góry z których właśnie przyszliśmy. Z tego miejsca było jakieś 10 mil do Portree, czyli stolicy wyspy Skye. Bezproblemowo złapaliśmy okazję i Szkot podwiózł nas na przedmieścia miasta, gdzie uzupełniliśmy benzynę w palniku. Portree jest samo w sobie bardzo urocze, a jego najbardziej pocztówkowym widokiem jest rząd kolorowych domków nad zatoką. My do tego pejzażu mieliśmy jeszcze ośnieżone góry w tle. Za miejscowością szlak wspinał się na wysokość 400 m, będącą wysokością klifu, na którym to postanowiliśmy biwakować. Jak zwykle stromizna była konkretna i bardzo szybko zdobyliśmy wysokość, mogąc znów oglądać piękny zachód słońca z dala od ludzi, a dzięki znalezieniu osłoniętego od wiatru miejsca mieliśmy też bardzo spokojny biwak. Rzecz nie do pomyślenia na klifie w Szkocji, prawda? Za wodę pitną posłużyły nam płaty śniegu.

 

Dzień czwarty, Old Man of Storr, Trotternish ridge

Podczas kolejnego pogodnego wschodu słońca trudno było określić w którą stronę widok jest piękniejszy. Na południe mieliśmy wysokie góry „kontynentalnej” Szkocji oraz grań Cuillin, a na północy widać było formację The Old Man of Storr oraz charakterystyczne klify. Po tej uczcie dla oczu czekało nas paręnaście kilometrów solidnego wysiłku i teraz zastanawiam się, jak wyglądałaby tamta trasa w innym momencie niż zimą. W lutym torfowiska nie były rozmokłe a 7 stopniowy mróz (tak, mróz w Szkocji nad morzem!) bardzo pomógł nam, sprawiając, że mokra ziemia była bardzo twarda. Po dłuższej chwili deptania torfowisk doszliśmy do Old Man of Storr. Byliśmy już solidnie zmęczeni, ale za punkt honoru postawiliśmy sobie podejść pod same formacje i dopiero tam zjeść śniadanie. Gdy rozpaliliśmy palnik mijali nas już Chińczycy, Francuzi i cała rzesza innych turystów, którzy jak widać zawsze pojawiają się przy tej najbardziej znanej atrakcje wyspy Skye. Old Man of Storr to kamienna iglica powstała na skutek osuwania i erozji. Cała masa zbocza obok erodowała, natomiast najtrwalsze fragmenty pozostały tworząc niesamowity księżycowy pejzaż . Skała sama w sobie jest wulkaniczna i zawiera maleńkie geody wypełnione kryształkami.

Tuż za najpopularniejszym miejscem zaczynał się jeden z ciekawszych fragmentów The Skye Trail. Szlak prowadził nad około 200 m uskokiem z którego w normalnych warunkach spadał szeroki wodospad. My natomiast zastaliśmy wielki lodospad i pole śnieżne ponad nim. To właśnie tamtędy mieliśmy za chwilę iść i perspektywa spaceru po twardym śniegu nad wodospadem sprawiła, że ten moment ubraliśmy raki. Dalej zaczęła się wspaniała wędrówka grzbietem Trotternish Ridge, które po wschodniej stronie jest urwiste i skaliste a po zachodniej tworzą go łagodne łąki i szerokie doliny z wijącymi się potokami. Szlak, jak to szlak graniowy, co chwilę wznosił się i opadał, lecz nie to było najbardziej męczące na całej trasie. Jak to często w górach bywa, najgorszy był wiatr i najbardziej dawał się we znaki w momencie gdy zeszliśmy na dół jednej z wielu przełęczy i rozpoczynaliśmy podejście pod następną górkę. Co ciekawe na szczycie i na początku zejścia dawał trochę wytchnienia. Tak wędrowaliśmy przez parę wzgórz i kilka kilometrów, a pod wieczór skróciliśmy sobie drogę, omijając dwa szczyty i zeszliśmy w stronę przełęczy gdzie rozbiliśmy namiot tuż nad strumykiem płynącym głęboko pod warstwą mchu. Pomimo że znalezione miejsce było dość dobrze ukryte od wiatru to silne podmuchy sprawiły, że Łukasz przez całą noc swoimi plecami utrzymywał namiot w miejscu.

Dzień piąty, kończymy Skye Trail, wieje wiatr

Ja w śpiworze puchowym po stronie zawietrznej miałem się całkiem dobrze, jednak o poranku doszło do punktu kulminacyjnego pokazu szkockiej pogody, a mianowicie jeden podmuch wiatru zerwał cały namiot który przez nieuwagę na momencik zostawiliśmy pusty. Wyrwał wszystkie śledzie poza dwoma dzięki którym w ogóle mogę cieszyć się namiotem, a oprócz tego zgasił palnik i zerwał przykrywkę z garnka z wodą! Jeden podmuch! Po długim poszukiwaniu nie udało się znaleźć wszystkich śledzi, jednakże nie zamartwiając się tym zbytnio ruszyliśmy dalej w stronę Quiraing. To kolejne malownicze miejsce wzdłuż grani Trotternish, z ciekawymi ostańcami i klifami. Wiatr był na tyle silny, że nie byliśmy w stanie iść wzdłuż krawędzi grzbietu i po dojściu do drogi asfaltowej mocno wahaliśmy się czy przejście wąską ścieżką po stromym zboczu przy silnym wietrze to dobry pomysł. Jednak chwilowa cisza zachęciła nas do spróbowania i szybko przemierzaliśmy malownicze wąskie ścieżki. Kolejną atrakcją było przejście przez wąski żlebik, który był cały oblodzony. Początkowo wydawało się, że te parę metrów oblodzonej ścieżki uniemożliwi nam dalszą drogę, a to co dobre, już się skończyło. Jednakże po paru ostrożnych krokach na wystających z lodu kamieniach i po chwili „patentowania” czekanem ucywilizowaliśmy ścieżkę i przedostaliśmy się dalej. Trafiliśmy na wspaniałe miejsce na śniadanie i odpoczynek.

Quiraing  jest po prostu częścią osuwisk wzdłuż grani Trotternish, która składa się z fantazyjnych formacji skalnych takich jak Stół, Igła, Więzienie. Stół to niezerodowany blok skalny na szczycie którego znajduje się płaska łąka, gdzie ponoć chowano bydło podczas najazdów wikingów. Igła mierzy 37 metrów wysokości, a formacja zwana Więzieniem ma przypominać donżon w zamku.  Całkiem niedaleko znajdowało się pokryte lodem jeziorko, co nas zdziwiło, bo nie byliśmy wysoko nad poziomem morza. Następne jezioro poniżej już nie było zamarznięte i skorzystaliśmy z jego czystej wody, żeby się umyć. Uczucie zamarzającej głowy było niesamowite, ale po pięciu dniach prawie ciągle w czapce, takie coś głowie się należało. Chwilę później byliśmy już przy asfaltowej drodze.

10 kilometrów dalej na północ wyspa Skye kończyła się, ale ten fragment trasy, poza samymi klifami wydawał się dla nas niezbyt atrakcyjny w porównaniu z możliwością wejścia na Ben Nevisa. Brak ruchu samochodów na trasie upewnił nas w przekonaniu, że to dobry wybór, bo nawet jeśli byśmy doszli na koniec wyspy, to ciężko byłoby stamtąd wrócić. Przeszliśmy kawałek do najbliższej miejscowości, gdzie zabrał nas na stopa tutejszy strażak. Dowidzieliśmy się od niego o złej pogodzie panującej w kontynentalnej części Szkocji oraz o tym, że wypalanie torfowisk w Szkocji nie jest niczym złym tak długo jak nie dociera do osiedli ludzkich… Widząc moją niezbyt przekonaną minę dodał, iż wypalenie torfowisk sprawia, że niektóre gatunki szybciej odrastają i są dobrym pożywieniem dla któregoś z gatunków bydła i wbrew eko-pozorom nie wszystko jest czarno – białe. W ten sposób wróciliśmy do Portree, przejeżdżając u stóp wzdłuż całego pasma górskiego, z którym zmagaliśmy się przez ostatnie wietrzne dni. W miasteczku zrobiliśmy ostatnie zakupy, znów uzupełniliśmy zapasy na stacji benzynowej i kontynuowaliśmy autostopową podróż – następny kierowca podwiózł nas pod sam most na wyspie Skye, gdzie bardzo miła żona geologa (wożąca kamienie w bagażniku) przewiozła nas na drugą stronę. Wyspa Skye była już za nami, przedeptana prawie w całości wzdłuż. Doskonała sprawa!

Podsumowanie

Nasza trasa pokrywała się ze Skye Trail, jednakże ze względów czasowych nie przeszliśmy jej w całości; czasem po prostu woleliśmy zrobić coś ciekawszego (Bla Bheinn) niż deptać asfalt. Opis oryginalnej trasy znajdziecie tu: https://www.walkhighlands.co.uk/skye/skye-trail.shtml. Komentarza wymaga określenie trudności szlaku w zimie. Wszystko zależy od naszego doświadczenia biwakowania w zimnie i wietrze oraz od aktualnych warunków, ale na dobrą sprawę ryzykowne są tylko bardzo nieliczne (jedne z najładniejszych) fragmenty szlaku. Przy pokrywie śnieżnej/lodowej trzeba się zastanowić jak pokonać odcinek za The Old Man of Storr na północ oraz odcinek na południe od Quiraing – może być tam ślisko. Reszta powinna być w porządku. My mieliśmy śnieg na szlaku ale za to był mróz – raczej nietypowe warunki na Skye.

Łącznie pokonaliśmy 78 kilometrów w ciągu niecałych 5 dni

Doskonałym źródłem map są następujące strony
https://www.walkhighlands.co.uk/maps/
http://www.wintersun.me.uk/scottish-ski-touring/
Zasięg na Skye nie jest aż taki zły tak więc zrzuty ekrany map + polecane przeze mnie mapy wektorowe Maps.me jest opcją na brak zasięgu. Gdy mamy zasięg w telefonie to po prostu odpalamy powyższe strony.

Tak jak powyżej: strona walkhighlands.co.uk ma niezwykle dużo treściwych opisów wycieczek pieszych i wspinaczek z opisem trudności i błotnistości („bog factor”) i na dobrą sprawę przy wcześniejszym przygotowaniu nie potrzeba więcej.

Solidnie przymierzaliśmy się też do zakupu jednego z przewodników wydawnictwa Cicerone. Sprawiają solidne wrażenie, szkoda tylko, że ceny są w funtach :).

Dzięki relacji Hasających Zająców (hasajacezajace.com) dowiedzieliśmy się o Bothies, czyli darmowych chatach w Szkocji. Dziękujemy!

Oto strona z interaktywną mapą bothies: https://www.mountainbothies.org.uk/bothies/location-map/

Najbliższe lotniska obsługiwane z Polski to Aberdeen, Glasgow i Edinburgh. Dojazd do Kyle of Lochalsh możliwy jest komunikacją autobusową lub kolejową, ale jest to drogie rozwiązanie.

Większość jedzenia mieliśmy z Polski, co przy wędrowaniu po Szkocji miało tę zaletę, że nie musieliśmy zatrzymywać się nigdzie po drodze z lotniska na wyspę Skye. Oprócz różnych kombinacji suszonych owoców i mięsa mieliśmy ze sobą liofilizaty na dwa dni. Dobra lokalizacja Portree na mniej więcej połowie trasy i naprawdę nieduże ceny jak na a) turystyczne miejsce b) drogą Wielką Brytanię, pozwoliła niedrogo uzupełnić zapasy o jakieś warzywa, sok i pieczywo.

Inne przygody