Nasz najbardziej ryzykowny lot, czyli Antonowem 24 nad Bajkałem7 min read

Dowiedziałem się, że ostatni Antonow dwudziesty czwarty został wyprodukowany w 1979 roku. Ponadto odkryłem, że w 2016 roku po świecie latało jedynie 115 takich samolotów. To chyba sporo, biorąc pod uwagę, że w 2011 prezydent Rosji Dymitr Miedwiediew chciał uziemić wszystkie takie modele. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że taka decyzja wiąże się z uziemieniem sporej części ruchu lotniczego na Syberii… PLL LOT na początku lat dziewięćdziesiątych zrezygnował z tego samolotu. A na Syberii, w Sewierobajkalsku, mieliśmy dwie możliwości – dostać się do Irkucka pociągiem (ponad dobę) albo takim właśnie samolotem, lecąc nad Bajkałem. Odpowiedź nasunęła się sama – trzeba spróbować kupić bilety lotnicze. Pozostał tylko problem – jak kupić bilet na lot, skoro lotnisko wylotu nie ma trzyliterowego kodu IATA? (Nawet trawiaste pasy startowe na Vanuatu mają…). Okazało się, że byłem w błędzie, kod jest, trzyliterowy nawet, ale składa się z trzech liter pisanych cyrylicą: НЖГ. Witajcie na Syberii!

Kupiłem bilet na stronie rosyjskiego pośrednika Yandex – na stronie firmy, lotnisko wylotu było dostępne tylko w rosyjskiej wersji językowej, a ja nie wpadłem na to, że fakt skąd można lecieć zależy od tego kto leci i rozkład lotów po angielsku różnił się od tego po rosyjsku :). Aż do dnia wylotu nie wiedziałem co czeka nas na lotnisku i spędzaliśmy czas na wędrowaniu wzdłuż niezwykłych wybrzeży północnego Bajkału. W końcu nastał dzień, gdy wyruszyliśmy do Niżnieangarska, miejscowości gdzie kończy się to potężne jezioro. Kończy się w dosyć niepozorny sposób, bo w postaci naturalnej (chyba) grobli, oddzielającej bagna od tafli jeziora. Sam Niżnieangarsk oprócz jeziora ma do zaoferowania również wspaniałe góry i bez większych problemów mógłby stać się kurortem, gdyby nie leżał na końcu świata. Po przyjemnym odpoczynku i plażowaniu połączonym z obserwacją startującego Antonowa (czy to aby nie nasz???) wybraliśmy się na lotnisko.

Wiejska przychodnia

Wyobraźcie sobie czasy przemiany ustrojowej, przychodnię w prowincjonalnym mieście, należącą do… powiedzmy Buriackiej kasy chorych. Za drzwiami ciężka kotara chroniąca przed zimnym powietrzem, przy schodach poręcze pokryte lichym plastkiem. Ciemne holle, jedyny doktor jeszcze nie dotarł, gdzieś hula wiatr, kaktusy rosną na parapetach, a niebieskie krzesła podpierają ściany. Do tego waga nie z tego świata, bardziej nadająca się do ważenia prosiaków niż czegokolwiek innego. Zamknięte okienko rejestracji, nad nim jakieś tabelki, wydruki. A podobno tutaj da się coś załatwić!

Dokładnie tak wyglądał AERODROM w Niżnieangarsku, oczywiście okienko służyć miało do rejestracji pasażerów, a nieobecny nie był lekarz, a obsługa. Jedyną oznaką, że dziś odleci samolot były dwie elegancko ubrane młode kobiety jadące z nami tym samym szaro-burym busikiem na koniec wsi, tam gdzie znajdował się obdrapany budynek lotniska.

Nie mamy biletu!

Po pół godzinie  ludzi przybyło już dosyć sporo. Antonow zabrać ze sobą może koło czterdziestki, oczywiście zależy od wersji. Coraz mocniej czułem, że bilet w postaci pliku PDF w telefonie może nie wystarczyć. Nasi współpasażerowie mają wydrukowane bilety na domowej drukarce, my nie. Cały czas zastanawiam się czy za drzwiami, które przed momentem otwarto znajduje się choć jeden typowy terminal do obsługi pasażera, gdzie można wydrukować nam bilety. Ufiksowany w ten sposób jakoś zapomniałem, że do wejścia na pokład przecież nie jest konieczne posiadanie biletu, a nawet jeśli, to nie musi być drukowany. W pokoju obok pani z obsługi aerodromu miała urocze kolorowe kartoniki na bilety, jednak wypełniała je długopisem. Da się? Oczywiście. Tylko alfabet łaciński wychodził pani o wiele gorzej niż cyrylica.

Bez otczestwa

Zanim jeszcze przeszliśmy do wspomnianego pomieszczenia, które pełniło rolę stanowiska odprawy czekała nas jeszcze kontrola policyjna/graniczna. Służbista przyniósł szary metalowy kuferek, w którym znajdował się nieudolny aparat do skanowania paszportów. W dwóch przypadkach przede mną skanowanie spełzło na niczym i, literka po literce, poważny milicjant musiał wpisać wszystko do komputera. W moim paszporcie zadziałało, jednak musiałem wyjaśnić, że dwa pierwsze słowa to imiona, a nie imię i popularne w Rosji otczestwo. Chciałem być precyzyjny bo bałem się, że dalej będzie problem z biletem na osobę dwojga imion, ale jeszcze nie przewidywałem, że długopisem na bilecie można przecież napisać cokolwiek…

Gate, bramka, kwadratowy pokój

Nie było dla nas zaskoczeniem, że to lotnisko ma jedynie jedno pomieszczenie dla pasażerów po odprawie. W kwadratowym pomieszczeniu siedzieliśmy już zupełnie jak w ciasnej przychodni. Wysoko położone okna sprawiały dodatkowe wrażenie podziemi. Zbytnio się jednak nie wynudziliśmy bo po chwili zauważyłem dwa silne światła podchodzącego do lądowania Antonowa i zaczęliśmy szykować się do wyjścia na płytę lotniska. Nad głową widniał napis, przestrzegający przed robieniem tego nielegalnie, bowiem nieuzasadnione przebywanie na płycie lotniska kosztować nas będzie 30 rubli (1,81 PLN)…

W Antonowie linii Angara Airlines

Choć samolot był stary to sporo sprawiono, ażeby z zewnątrz nie stwarzał złego wrażenia. Po wyjściu chwiejącymi się schodkami do wnętrza samolotu  poczułem stare lata -zauważyłem składane siedzenia, numeracje siedzeń cyrylicą (czyli w jednym rzędzie siedzi się w kolejności: a, be, we, ge), chwiejące się stoliki w siedzeniach wykonane z cienkiej blachy oraz odpadające z nich śrubki oraz listwy narożne przy podłodze samolotu jakby żywcem wzięte z castoramy. Byłbym hipokrytą, gdybym nie przyznał, że to chciałem zobaczyć. Do tego jeszcze instukcja ewakuacji, ze wskazanym położeniem jednej butli tlenowej, ale też dwóch radiostacji. Dobrze że mieliśmy lecieć tylko na sześciu tysiącach metrów.

Równo ze startem przykleiłem swoją twarz i obiektyw aparatu do okna. Niesamowity widok północy Bajkału mieliśmy okazję podziwiać po raz ostatni. Niestety niebo było pokryte chmurami tak więc przez resztę lotu nie widzieliśmy zbyt wiele. Brak bodźców wzrokowych nadrabiały silniki turbośmigłowe i wibracje, które przyprawiły mnie o silny ból głowy i sprawiły, że kubek po soku (w cenie biletu!) podskakiwał po metalowym stoliku.

Irkuck, w rodzinie Antonowa

W strugach deszczu wylądowaliśmy w Irkucku, którego okolice były zdecydowanie mniej urokliwe niż Niżnieangarsk. Na płycie lotniska stały jeszcze cztery podobne antonowy oraz AN 12. Lotniskowym autobusem dostaliśmy się do terminala, gdzie czekała nas jeszcze kontrola czy zabieramy swój bagaż (poraz kolejny isotne stało się nie wyrzucanie jakichkolwiek papierków związanych z lotem przed wyjściem z lotniska) i byliśmy już w Syberii A. Tej popularnej, trójjęzycznej (rosyjski, angielski, chiński) i troszkę bardziej uładzonej. Wylądowaliśmy bezpiecznie i jeszcze nigdy tak dobrze nie zdawałem sobie sprawy, że to jest sukces. Parę dni później nad naszymi głowami, całkiem nisko, prześlizgnął się z hukiem AN-124, kolejny samolot z rodziny, tym razem transportowy. Gdy odjeżdżaliśmy z Irkucka widziałem na lotnisku wojskowym, jak dokonywano załadunku do luku bagażowego po prostu unosząc dziób samolotu. Ten zmysł i fantazja zakładów Antonowa!

Rysunek porównawczy pochodzi z strony: http://www.wujinshike.com/2652718.html


Inne przygody