Jawajskie safari | Javanese safari

Asfalt skończył się przed chwilą, w krzakach piał dziki kogut, a nad głowami lśniły jasnozielone baldachimy liści. Lew nas nie pożarł, najbliższe baobaby, o ile mi wiadomo, są w Bogorze, ale wciąż to sawanna. Pierwsza w życiu i na dodatek na wyspie!

Park Narodowy Baluran, Jawa Wschodnia

Park Narodowy Baluran, Jawa Wschodnia

Polak potrafi

W pierwszym tygodniu pobytu w Indonezji niemal płakałem na myśl o oszustwach i naciąganiu nas na każdym kroku. Każdy przejazd busem okupiony był zapewne jakimś haraczem. A przecież to nie pierwszy raz jestem w takim kraju! Trzy tygodnie później nie idzie im ze mną tak łatwo, bo już się mało przejmuję tym całym teatrzykiem dworcowym. Przyszedł czas na rewanż.

Jeżeli jakieś piękne miejsce na Jawie nie jest opatrzone opłatą za wstęp, to należy się cieszyć. Tak samo, jeżeli jakieś naprawdę wyjątkowe miejsce nie ma biletu za 150000 rupii (40 zł). Najgorzej zdarza się, gdy jakaś atrakcja jest wyceniona więcej niż jest dla nas warta, to znaczy – gdy park narodowy, który chcemy zwiedzać „po drodze”, okazuje się największym wydatkiem dnia. Nie inaczej było w przypadku Parku Narodowego Baluran, gdzie jeszcze dwa, trzy lata temu cena wstępu wynosiła 20 tysięcy, a obecnie jest to 150 tysięcy. A trafiliśmy tam przy okazji wypożyczonego skutera w Banyuwangi. Tym razem yamaha miała terenowe opony, co dodało wycieczce, powiedzmy „pikanterii Dakaru”.

Wjazd do parku. Uśmiechnięty Indonezyjczyk zza swojego stanowiska już miał urywać z charakterystycznym „trrrr” dwa bilety z bloczku. My (w jego zamyśle) mieliśmy podać sześć sucho szeleszczących twardych niebieskich banknotów po 50 tysięcy rupii (albo trzy czerwone, ale wtedy to bylibyśmy już absolutnymi gringo, bogaczami z zachodu) . Jednakże w tej chwili zapytaliśmy go:

-Czy są zniżki dla studentów? – I idąc za ciosem:

-Mamy legitymacje, m i ę d z y n a r o d o w e – zaakcentowaliśmy, bo wiadomo było, że o to zwykle chodzi.

Pan mocno się zżymał, a w międzyczasie, gdy analizował z uwagą nasze zieone plastiki, jakaś rodzina zechciała mieć z nami zdjęcie. Jakieś dwie minuty później, gdy aparat przeszedł z rąk do rąk w wszelkich kombinacjach, wróciliśmy znowu do naszych negocjacji. Dobrze wiedzieliśmy, że nikt nie zadbał tu o studencki portfel, natomiast my nie zapomnieliśmy dbać o nasze.

-W Borobudurze i Prambananie są zniżki dla studentów – to powiedziawszy, zacząłem mówić (raczej dukać) po indonezyjsku ile wynosiła cena odpowiedniego biletu przed i po zniżce. Żeby jeszcze bardziej zmieszać strażnika.

Był jednak dosyć uparty i nieprzekonany. Znaleźliśmy jednak stary bilet , ale z kolei nie było na nim ceny, wyłącznie napis STUDENT. Trochę za mało. Aga jeszcze zacieklej przeszukiwała swój portfel. Jest! Paragon z ceną wstępu do Prambananu, czarno na białym, że nie jest to 250 tysięcy, a połowa z tego. Studencka zniżka. Taką chcieliśmy też tutaj.

Przy siedzibie rangersów zrobiło się pusto, pan sięgnął gdzieś do szuflady po jakiś stosik biletów i powiedział nam:

tiga puluh lima – co znaczy trzydzieści pięć, a na pewno nie znaczy trzysta!

Pan podbił pieczątką pięć biletów o różnych śmiesznych warościach (trochę jak znaczki na poczcie warte dwa grosze). Otrzymawszy taki plik mogliśmy ruszyć dalej. Dostaliśmy całą garść nikomu nie potrzebnych biletów, dowód wjazdu, i zaoszczędziliśmy całkiem sporo pieniędzy.

Myślę, że nawet pomimo tego, że pieniądze zapewne trafiły do kieszeni naszego rangersa, wydaje mi się to i tak mniejszym rozpasaniem dla Indonezyjczyków. Bo to 150 tysięcy od osoby trafia również nie do końca wiadomo gdzie.

W pustyni i w puszczy.

Wspomnienia z dzieciństwa ożyły. Silne słońce, po lewej stronie ogromna bryła wulkanu, a my jechaliśmy dziurawą drogą wśród niesamowitych drzew. Kora na niektórych z nich miała pomarańczową barwę i fakturę niczym skóra smoka. Większość drzew była wysuszona, jak naszą jesienią, ale niektóre z nich pyszniły się jasnozielonymi baldachimami liści. Dokładnie tak jak w wyobrażeniach podczas czytania sienkiewiczowskiej powieści. I jeszcze ta temperatura, pewnie w pobliżu trzydziestu pięciu stopni.

Sawanna żyje.

Co rusz przed naszym skuterem/motorkiem przebiegały małe zwierzęta podobne do wiewiórek. Zupełnie nie przejmowały się pojazdem obok nich dopóty , dopóki się nie zatrzymaliśmy, a zwierzęta skojarzyły, że na maszynie znajdują się ludzie. Było to bardzo ciekawe doświadczenie -dopóki poruszaliśmy się na skuterze dzikie zwierzęta były naprawdę blisko. Czy to leśna kura – ayam utan, czy to trzy wspaniałe dzikie pawie.

Bekol

Siedzibą parku jest Bekol, gdzie można znaleźć miejsce na nocleg. Przede wszystkim znajduje się tam wzgórze w wieżą widokową, skąd można obserwować bezleśny fragment sawanny. U podnóża góry znajduje się kilka miejsc z wodą, do których zmierzają zwierzęta, zwłaszcza w porze suchej. Widzieliśmy stamtąd kilka sztuk jeleniowatych, a w bajorze taplał się banteng, bawół, potężny ssak, symbol tej sawanny. W ciągu dwudziestu lat ich populacja zmniejszyła się dziesięciokrotnie, obecnie jest ich w parku około trzydziestu. Punkt widokowy nie pozwolił nam go dostrzec, natomiast udało się nam go zobaczyć w drodzę na plażę. Plaża na sawannie? Tak jakby, ale o tym za chwilę…

Na platformie spotkaliśmy sporo indonezyjskich dzieci, więc jak można przewidzieć, udzieliliśmy odpowiedzi na sporo pytań w rodzaju: what’s your name, where are you from. I, jak również można przewidzieć, nastąpiła chwila ciszy (bo pytania się już wyczerpały), a potem fala głupiego, niepohamowanego śmiechu i zaczęło się nawoływanie: mister, misterrrrr! I przypominianie jakichś przypadkowych słów w bahasa inggris.

Jeszcze bardziej irytujące potrafią być w Bekol makaki. Nie ma potrzeby się nad nimi zbytnio rozwodzić. Kły mają szczególnie wydatne, są niezwykle wścibskie i kradną jedzenie. Ku uciesze turystów jeden z nich porwał butelkę z napojem i majestatycznie ją opróżnił. Nie warto się z nimi zadawać, na szczęście dobrze reagują, gdy rzuca się w ich stronę kamykiem albo markuje rzut. Tak samo radzą sobie z nimi strażnicy parkowi .

Bama

Bama albo bama beach to drugie miejsce w parku, które dostępne jest do zwiedzania. Z Bekol jedzie się trzy kilometry sawanną, po której biegają jelenie i makaki (często razem). Następnie wjeżdża się w las mangrowcowy, gdzie znajduje się parking, parę chat i można wykupić wycieczkę na snorkeling lub wypożyczyć kajak. Z parkingu rozpoczyna się szlak (kierunek S, poniżej kilometra), zwany mangroove walkaway, który prowadzi nad niesamowitym gąszczem tkwiących w powietrzu korzeni, a w końcu doprowadza do malutkiej altany zbudowanej na palach. Boczna, mniej popularna ścieżka prowadzi do okazu innego gatunku mangrowca o szczególnie masywnym pniu. Drzewo stanowi obecnie suchy pień i nieliczne młode pędy. Po drodze napotkać można korzenie powietrzne, wyglądające jak brązowe rogi, które wystając z mulistego podłoża umożliwiają roślinie oddychanie.

W przeciwnym kierunku niż szlak mangrowcowy (tzn. wzdłuż wybrzeża na N) prowadzi kilkukilometrowa śćieżka do jeszcze jednej osady. W Bekol dowiedziałem się, że nie jest to trasa dla turystów. Jednakże początkowa część szlaku prowadzi wzdłuż zacisznych, uroczych plaż i nikt nie zabrania dostępu do nich.

Z Bama do Bekol można wrócić też szlakiem pieszym, który biegnie mniej więcej równolegle do drogi przez sawannę, tylko około 500 metrów na północ od niej.

Rafa koralowa

Wszyscy chwalą rafy na wyspie Bali, która przecież jest rzut beretem stąd (a zwłaszcza jej jedyny park narodowy, gdzie znajduje się wyspa Menjagan, słynąca właśnie z rafy). A koralowiec nie zna granic administracyjnych.

Z Bama beach dobrze widać, gdzie znajduje się tamtejsza rafa. Fale kończą się mniej więcej 200 metrów od brzegu, a gdzieniegdzie rozbijają się o wąziutki jasny pasek, zdawałoby się, atolu. I faktycznie jest to atol, bo jasna łacha zbudowana jest z martwych koralowców.

Jeśli chodzi o obserwowanie koralowców to z łatwością można zrobić to wyruszając z plaży. Należy mieć jednak na uwadze fakt, że cały obszar rafy leży bardzo płytko pod wodą, tak, że należy cały czas ‚leżeć płasko’. Być może snorkeling podczas odpływu będzie całkiem niemożliwy. Większą część odcinka plaża – atol stanowi jeden białobrązowy gatunek koralowca, natomiast znacznie ciekawiej robi się przy końcu rafy. Uwagę zwraca mnóstwo gatunków ryb, w tym kryjący się w ukwiałach Błazenek (popularne nemo). Niestety jest niewiele miejsc, gdzie można stanąć na piasku i odpocząć, nie niszcząć rafy. Warto mieć to na uwadze, gdy nie potrafi się długo pływać, i nie zabierać się za pływanie z maską. Jeżowców znajdziemy bardzo niewiele.

Nie mam pojęcia, gdzie wypływają łódki na snorkeling, być może na jeszcze piękniejsze i dostępniejsze miejsca. Dobrym pomysłem może być wypożyczenie kajaku i samodzielne znalezienie ciekawych fragmentów rafy.

Informacje:

Park znajduje się około 40 kilometrów na północ od Banyuwangi, wzdłuż głównej drogi. Najlepiej zwiedzać go własnym środkiem transportu. Od bramy parku droga prowadzi 12 km do Bekol, następnie dalsze 3 km do Bama. Jeśli chodzi o wyjście na Gunung Baluran (ten wulkan górujący nad parkiem) to dowiedziałem się, że „nie można” (nie nalegałem jednak mocno, być może da się to zrobić z przewodnikiem)

Chwilę potem żarówka podświetlająca prędkościomierz zgasła i jechaliśmy na czuja...

Chwilę potem żarówka podświetlająca prędkościomierz zgasła i jechaliśmy na czuja…

Ceny biletów:

Dla obcokrajowców 150 000 Rp./osoba, podobno w weekendy 225 tys. My byliśmy w weekend i nie było takich biletów. Być może to oszustwo.

Dowiedziałem się, że nie można rozbijać namiotu na terenie parku. Pytałem o to przy wjeździe i w Bekol. Być może inaczej jest w Bama, być może trzeba pomachać rupiami, albo po prostu się ukryć. Uwaga na wstrętne małpy.

Skuter najlepiej wypożyczyć w Bayuwangi, w agencji Tripoli, przy ulicy, gdzie zatrzymuje się angkot. Informację posiadam ze strony DC Adventures, polecam doczytać tam szczegóły. Cena 65 tys. Rp. na dzień.