Yasur, wejście na wulkan w roku 2016

Płaska szara równina, w powietrzu unosi się wulkaniczny pył.

– Aga, to może wyjdziemy na wulkan od północy, jak pisał ten stary przewodnik, tak jakoś po tym zboczu, nie tak jak wszyscy?

-(grzmot i niezwykle silny wybuch, odłamki wylatują w powietrze; wśród nich jeden, wyraźnie większy, leci wyżej i nie wpada z powrotem do krateru, ale kieruje się w naszą stronę)

-Łooo!! Patrz! – wołam podekscytowany, zastanawiając się jak daleko poleci kamień wielości lodówki; my stoimy w bezpiecznej odległości.

-(bomba wulkaniczna spadła, zrobiła kilkakrotnie większy lej, a z pewnym opóźnieniem usłyszeliśmy efektowny łoskot)

– Wiesz, bo ja się zastanawiałem, czy nie pójść tamtędy, tam gdzie ten lej, ale teraz widzę, że chyba jednak nie…

/na wulkan patrzeliśmy potem przynajmniej jeszcze trzy godziny i już ani razu żaden ułamek nie wypadł poza krater/

Któżby słyszał o małej wyspie Tanna na południu archipelagu Vanuatu, gdyby nie ten wulkan? Dodam jeszcze, że wyspa nie obfituje w dzikie pierwotne lasy, i w zasadzie jest podobna do każdej innej. Interior jest dosyć rolniczy i mieszanina papaji, banianów, bananów i najrozmaitszych chaszczy nie tworzy obrazu najpiękniejszej wyspy Pacyfiku. Nowa Kaledonia jest dużo ładniejsza.

W pejzażu brakuje jedynie dinozaurów.

 

 

 

 

Jak to jest oglądać wybuchający wulkan?

 

Tuż pod dymiącym i świecącym szczytem znajduje się skrzynka na listy, jest to rzekomo jedyna „poczta wulkaniczna” na świecie, dalej wychodzi się na brzeg krateru i podziwia.

Z krawędzi krateru można iść na punkty widokowe na prawo i lewo, nie ma barierek i zaznaczonych bezpiecznych stref. Warto zaznajomic sie z zaleceniami geohazards.gov.vu gdzie publikowane są aktualne komunikaty wulkaniczne mówiące gdzie można wchodzić,  gdzie nie.

Eksperenty foto:

Spadające fragmenty dobrze oswietlają wnętrze krateru


Na brzegu krateru zawsze lśni sie trochę lawy która jeszcze przed chwilą była magmą. Co chwila wybuchają erupcje, nagle wydobywa się huk, a potem w górę strzela złocisty blask. Czasem bardzo wysoki, że aż strach czy nas nie dosięgnie, czasem całkiem słaby.  Wulkan huczy niczym burza,  z tym ze tutaj ciche grzmoty oznaczają ze za chwilę bedzie mocniejszy wybuch. Permanenta burza. Na domiar tych hefajstosowych doznań, każdy wybuch i rozprysk lawy połączony jest z chmurą popiołu. I prawdą jest, ze erupcjom towarzyszą burze – to właśnie w tych chmurach popiołu cząsteczki elektryzują się i następują wyładowania – błyski o ciekawym żółto – zielonym kolorze. Zazwyczaj jeszcze w obrębie krateru.
Na Tannie raczej nie widać jeziora lawowego – ognie strzelają z wewnątrz, spośród popiołów, które co chwila się osypują do środka.

Strach miesza się z ciekawością – na kraterze spędziliśmy dobre półtorej godziny. Zdecydowanie erupcja wulkanu należy do jednych z najciekawszych doznań podróżniczo-geograficznych. Przebija nawet dzikie gorące źródła.

 

 

 

 

Druga strona medalu – informacje dość praktyczne o zwiedzaniu

 

Tak więc wulkan stał się siłą napędową turystyki. Dla mało wnikliwego turysty wystarczy tutaj jedno popołudnie aby wejść na wulkan i można z powrotem wracać do Port Vila. Nie wiem jak to się stało, ale niezależnie dowiedziałem się z dwóch źródeł, że wyspa Tanna to nie najgościnniejsze miejsce dla podróżnika. Stary przewodnik Moon’a opisywał tutejszą ‚mafię’ turystyczną, a bardzo ciekawa strona o Vanuatu: positiveearth.com świadomie nie umieszcza żadnej informacji o wyspie, choć każdy inny odprysk vanuatańskiego lądu jest przez nią dokładnie udokumentowany. Jeszcze dodaje cytat z Biblii o strząśnięciu prochu z sandałów, gdy pisze o Tannie.

Co dzieje się na wyspie? Powiedziałbym, że nic złego, ani nieprzyjemnego się nam nie przydarzyło, sami pomocni ludzie, zero naciągaczy. Pozostaje tylko szczegół jakim jest bilet wstępu na wulkan. Kosztuje aktualnie 7500 VT czyli około 300 złotych. W starym przewodniku cena wynosiła 250-500 VT (10-20 zł) , a w najaktualniejszym (z 2015) – 3350 VT. Miejscowi tłumaczą to faktem, że rok temu przyszedł cyklon Pam. Z tym, że poczynił spustoszenie nie śmiem dyskutować, natomiast cena wydała mi się niegodziwa. A z relacji znałem historię, że parze turystów wydano jeden bilet zamiast dwóch. Płaci się za wyjście wyraźną drogą do krawędzi wulkanu, zero wkładu z zewnątrz, tylko po prostu czerpanie korzyści z (zasadniczo) Australijczyków, u których jest tak drogo, że nie robi im różnicy czy zapłacą prawie 200 czy 300 złotych. Dodatkowym haczykiem w całej historii jest fakt, że jeśli ktoś już dostał się na Vanuatu, a potem na Tannę, a potem na drugą stronę wyspy, to bądź co bądź zapłaci za wyjście na dymiącą i grzmiąca górę. Do tego wszystkiego w miejscu gdzie kiedyś była droga na wulkan teraz budowane jest nikomu nie potrzebne centrum turystyczne, chyba tylko po to, żeby czerpać dodatkowe korzyści.

My przybyliśmy w pochmurny i deszczowy dzień na tamtą stronę wyspy. Kiedy czekaliśmy na wieczór – wtedy najlepiej widać erupcje – zagadnął nas właściciel Tanna Tree Top Lodge, gdzie rozbiliśmy namiot. Powiedział, że w taką pogodę nie ma co iść, że w kraterze jest dużo pary wodnej i nie widać skąd leci bomba wulkaniczna. A poza tym ,”jak wydaje się 7500 vatu to warto mieć dobry widok”. Czekaliśmy więc na poprawę pogody. Gdy wyszedłem spod dachu szukać gwiazd godzinę później zobaczyłem czerwone chmury i pomarańczowe ognie erupcji, niemal na wyciągnięcie ręki. Nad kraterem nie było mgły więc podjęliśmy decyzję – pójdziemy na szczyt po kolacji.

Ruszyliśmy po 20, w niektórych chatkach/bungalowach w okolicach wejścia świeciło się światło, a my w świetle księżyca po prostu przeszliśmy obok budowanego centrum. Podejrzewam, że jesteśmy ostatnimi niskobudżetowymi podróżującymi, którzy wchodzą na szczyt. Jeszcze tylko brakuje UNESCO, wulkan stanie się z pewnością „taboo zone” i będzie jak z Kota Kinabalu, gdzie płaci się 800 złotych za wyjście na górę. Liczyliśmy się z opłatami, ale taka zachłanność zaowocowała efektem odwrotnym niż zamierzony. Zaoszczędzone pieniądze i tak wydamy na przewodników na wulkanicznych wyspach Ambrym i Ambae. Poszliśmy na wulkan sami, byliśmy w środku nocy dzięki czemu wspaniale widzieliśmy erupcje – w dzień świecące pomarańczowo bomby są raczej szare.

Podsumowując:

Bobmy wulkaniczne widac w dzień i w nocy (wtedy się świecą) nawet z podstawy wulkanu.

Pełnię ciekawości zapewnia zdecydowanie zerknięcie do krateru – niestety to kosztuje i będzie kosztować!

Wyobrażacie sobie życie pod taką górą? 

  • http://podroznawynos.pl Łukasz Stempek

    Niesamowite miejsce, genialne zdjęcia – przy tym moja wycieczka na Tungurahuę w Ekwadorze trochę blednie.