Prom do raju – krótka historia jak popłynęliśmy na Ile des Pins

Po niekończącej się lotniskowej podróży (jakieś 26 godzin plus przesiadki) nadszedł czas na zmianę środka lokomocji. Tym razem statkiem na wyspę zwaną ‚miejscem położonym najbliżej raju’. Pomyślałem – francuska przesada. To niemożliwe, żeby spośród tylu miejsc na Oceanie Spokojnym, spośród tylu wysp należących (mniej lub bardziej) do Francji , akurat Ile de Pins była tą wybraną. Miało być pięknie, ale nie wiedziałem, że aż tak.

Zaokrętowanie było proste i podobne do odprawy na lotniskach. Wystarczyła rezerwacja biletu wyświetlona na telefonie i paszport, żeby otrzymać bilet. Potem nadanie bagażu (15 kg nadawany), który ważony był dość skrupulatnie i wejście na pokład. Pomimo tego, że przez cały nasz dotychczasowy pobyt na NC (Nowej Kaledonii) padało – wybraliśmy otwarty pokład, aby poobserwować to czego nie udało się zobaczyć przy wczorajszym lądowaniu w chmurach.

Ruszyliśmy, gdzieniegdzie Grande Terre (główna wyspa NC) była przykryta gęstymi chmurami, ale zasadniczo było dobrze widać jej górzysty charakter – to z tego powodu Cook nazwał ją Kaledonią (Szkocją) – tyle że nową.

Szybko wypłynęliśmy z zatoki i łańcuszka wysp otaczajacych Noumeę i podążalismy wzdłuż niesamowitych zielono-czerwonych brzegów.

Po chwili nasz szybki prom się zatrzymał a przez głośniki podano komunikat – widać wieloryby. Ludzie na otwartym pokładzie, nawet miejscowi, szybko skoczyli na jedną stronę burty i wyglądali tych wielkich zwierząt. Fenomenalnie – łączymy przyjemne z pożytecznym bo za wycieczkę zwaną ‚whale watching’ trzeba wydać sporo pieniędzy a przecież też nie ma pewności, że je zobaczymy. Oprócz tych finansowych korzyści – ssaki wyglądały bardzo majestatycznie, zwłaszcza ich ogony.

Kolejna ciekawostka – wspaniałe ‚sosny’. Co prawda dopiero płyniemy na wyspę sosen, ale już na Grande Terre rośnie ich nieco. Sosnami są tylko potocznie bo tak naprawdę to Araukarie, czyli bardzo stare, bardzo prymitywne ewolucyjnie drzewa, które tutaj osiągają rozmiary naszych drzew – około 30 metrów. Tworzą charakterystyczny pejzaż właśnie Nowej Kaledonii, chociaż w sensie ogólnym araukarie możemy znać np. z Madery czy Wysp Kanaryjskich. Kształtem i posturą dosyć podobne są do drzew iglastych, stąd skojarzenie.

Na dalszej trasie prom odbił już na dobre od brzegów wyspy kierując się w stronę maleńkich wysepek położonych na rafie koralowej zwanej dobitnie po angielsku – barrier reef. Taka rafa otacza praktycznie całą NC i jest drugą po Wielkiej Rafie Koralowej taką na świecie. Wewnątrz takiej rafy ocean jest względnie spokojny – po opuszczeniu jej – kołysze nieco. Dlatego surferzy nie znajdą wiele plaż do uprawiania swojego sportu tutaj na wyspie.

Mieszkanka IDP w tradycyjnym stroju.

Po około godzinie (rejs trwa 2,5) na pełnym oceanie ukazała nam się spowita desczowymi chmurami wyspa z charakterystycznym jednym szczytem – Pic Nga (262 m.n.p.p – nad poziomem Pacyfiku 🙂 ), który w aktualnych warunkach nie zachęcał do wspinaczki – zbierało się na deszcz. Ale nawet taka pogoda nie spowodowała, że zeszliśmy z otwartego pokładu – błekit wody i zieleń araukarii były wprost hipnotyzujące. Poza tym niezależnie od tego czy jest deszcz, czy go nie ma, temperatura oscyluje tu pomiędzy 21-25 stopni w zimie. Tak więc w raju też czasem pada.

Pic N’ga – Ile de Pins. Każdy kolejny dzień będzie jeszcze piękniejszy.


jedna z wielu wysepek na rafie – bez słońca wyglądają nieco ponuro.

To dopiero początek Ile des Pins!