Suchy piach i saletra | Arena seca y salitre

0057

Iquique

Iquique jest miastem z najniższą sumą opadów na ziemi. Tyle, co prawda bez poparcia w liczbach, mówi internet. Dzięki tej wiedzy pobyt w mieście był bardziej ciekawy. I pojęliśmy dlaczego obok chodnika zamiast pasa trawy widzieliśmy piaskownicę.

Koniec sierpnia, Arica wciśnięta jest pomiędzy stalowoniebieski ocean, a równie zwartą, szarą kołdrę chmur. W Polsce każdy rozsądny człowiek widząc taką pogodę ubrałby kurtkę, ale przecież tu nie będzie padać. Wyobrażam sobie, że tak wygląda słynna garua, szarobura zasłona przykrywająca na większość roku Limę. Czy w Iquique warto było się zatrzymywać? Centralnym miejscem jest Plaza de Armas z paroma ładnymi budynkami. Deptak Baquedano był barwny, środkiem biegła stara linia tramwajowa a idąc nią z Plaza do hostelu trafiamy na muzeum traktujące o okolicy, za darmo, co jeszcze bardziej nas do niego przekonuje. Tematami wystawy były: pustynia, ludy pierwotne, saletra. Najbardziej spodobał mi się wypchany pancernik, a rzeczywiście niesamowite był zmumifikowane dzieci o wydłużonych czaszkach. Saletra – zobaczymy ją jutro w rzeczywistości, więc po co skupiać się na muzeum. Najpiękniejsze dwa obrazy Iquique to port pełen kolorowych – błękitno – czerwonych kutrów na tle wielkiej piaszczystej wydmy. Drugi obraz to piaszczysta plaża otoczona estetycznymi wieżowcami i śmieszne biegacze z długimi i wgiętymi dziobami biegające po miejskiej plaży.

Lew morski na betonowym nabrzeżu skradał się za samochód dostawczy, z tyłu którego sprzedawano owoce morza. Co chwilę sprzedawca wychodził za auto i kamieniami przeganiał giganta, który podskakiwał na swoich nieforemnych przednich łapach (później w muzeum zobaczyłem szkielet i zrozumiałem, dlaczego wielki zwierz może tak swobodnie opierać się na czymś co z daleka wygląda na zwykłe płetwy.

W hostelu doczytytwałem o szczegółach Wojny o Pacyfik, która była też nazwana Wojną o guano i toczyła się właśnie na obszarze gdzie byliśmy. Niegdyś układ granic był w tym rejonie całkiem odmienny. Wtedy właśnie siedzielibyśmy w Peru, a jadąc z Santiago przejeżdżalibyśmy przez fragment Boliwii. Spora część tutejszej historii jest związana z tą Wojną.

Sprawca wszelkiego zamieszania, najaktywniejszy wulkan Indonezji - Merapi (2911 m.n.p.m.)Piaszczysty trawnik.Budynki saletrzanych bogaczy.Los pelicanos.Muzeum historyczne w Santiago de Chile. Jedna z bitew w Wojnie o guano.

Salitreras

Autobus wspinał się ponad wydmy i dzięki temu widzieliśmy jaki marny skrawek tej niegościnnej krainy stanowiło miasto. Wydmy, a w zasadzie klif… Po prostu ponad pięćsetmetrowy uskok pustyni tuż przed oceanem. Iquique zasiedlało zaledwie linię pomiędzy oceanem a zboczem. Zastanawiający był w ogóle sens powstania tego miasta. Po zdobyciu płaskowyżu pojawiła się przed naszymi oczami dzielnica „El alto hospicio”, która wyglądała jak slumsowisko. To zanotowałem siedząc w Arice, nie byłem jeszcze w Peru i jeszcze nie poznałem tej, wątpliwej wartości estetycznej, latynoskiej parterowej architektury. Teraz po prostu powiedziałbym – skromne osiedle.Santa Laura niedaleko Humberstone Kilkanaście minut później dostrzegliśmy po prawej brązowo-rdzawy komin Santa Laury. Autobus wysadził nas trochę dalej, naprzeciwko Humberstone. Dwie nazwy rzucone na piaski pustyni, kiedyś tak wiele znaczyły. Potem ktoś wymyślił tani sposób syntezy azotanów (czy to był Polak?)  i unikatowe złoża saletry chilijskiej poszły w niepamięć. Pozostały tylko niesamowite rdzawe miasta, co Anglicy wdzięcznie nazywają ghost towns. Dziś należą do światowego dziedzictwa pod egidą UNESCO. Najciekawsze jest to, że białego złota wcale tutaj nie zabrakło. Jest wciąż, można podnieść białe bryły, przez chemika zwane azotanem(V) sodu, ubrudzone brązowawym piaskiem pustyni. Ciekawe jest również, że przy „polskich” opadach saletrzany świat po prostu by się rozpuścił i spłynął, pewnie do oceanu. Dlatego złoża tego minerału istnieją tylko w najsuchszych miejscach globu – Atakama zatem się kwalifikuje. Strażnik w Laurze pilnował naszych plecaków i zabraniał wchodzić gdziekolwiek pod ziemię, bo rzeczywiście część zabudowań groziła poskładaniem się, niczym domki z kart:

Caballero, no entra bajo la tierra…

Pozostałości miasta to przede wszystkim kombinat, osiedle to prostokątne zarysy na ziemi. Skorodowana blacha jest już cienka gdzieniegdzie niczym bibuła. Na koniec zwiedzania weszliśmy na plac gdzie konie czyściły kopyta gdy wychodziły z krainy piekącej przecież saletry. Widok Laury psuje zieleń niedaleko recepcji, jest tutaj nienaturalnie pogodnie. Jak musiało wyglądać życie na pustkowiu? Jedną z najbardziej fascynujących rzeczy jaką uświadomiłem sobie w laurze jest to, jak ludzie radzili sobie z brakiem wody. Nie takim bezpośrednim, fizjologicznym. W ostatniej sali małego muzeum umieszczono tablice o sztuce wyrabiania kwiatów z metalu. Wycinaniu blachy, malowaniu jej żywymi kolorami i tworzeniu wieńcy. Żeby cmentarz na Atakamie nabrał kolorytu, a kwiaty nie więdły w pierwszych promieniach słońca… Humberstone było rozleglejsze, i miało świetnie zachowaną część mieszkalną, która, niczym wioska  Dzikiego Zachodu była bardzo fotogeniczna. W oddali majaczyły jeszcze inne, mniej znane saletrzane osady, ale nie chcieliśmy iść trzy kilometry przez pustynię, aby zobaczyć co tam się ostało. W pamięci został też napis z belki pod dachem magazynu, namacalny ślad, że toczyło się tutaj życie, a nie była to scenografia z filmu:

„Un lugar para cada cosa i cada cosa en su lugar”

Bryła saletry, zwanej ChilijskąReklamy z czasów prosperity.Sztuczne, metalowe kwiaty.Stal, a może właściwe już tylko rdza, cienka jak bibuła.W drodze do Santa Laury...Rozwiązania ówczesnej elektryki cz.1Rozwiązania ówczesnej elektryki cz.2Warto wczytać się w ten ciekawy proces. Oprócz azotanów otrzymywano tutaj też jod.

Przez pustynię

U strażników napełnilismy dwie butelki wody, w kasie biletowej dostaliśmy blok papieru (poprosiliśmy o kartkę, ażeby zapisać nazwę naszego autostopowego celu) i poszliśmy na szosę. W stronę słońca (czyli na północ, tam gdzie chcieliśmy) jechało niezbyt wiele aut, toteż staliśmy tam jakieś pół godziny. Nawet na takim pustkowiu zjawili się adoratorzy jedzonego przez nas jabłka, kolibropodobny motyl i mucha, które nadleciały zaraz, gdy ugryzłem owoc. 0169

Biały volkswagen, ciągnął dwie naczepy i… zatrzymał się. Załadowaliśmy bagaże do luku, zabraliśmy najważniejsze rzeczy do kabiny i powiedzieliśmy sobie że nie możemy zapomnieć o plecakach, obecnie jadących z tyłu drugiej naczepy naszego tira. Pierwsze kilometry pustyni to poznanie Fernando, który okazuje się być świetnym gościem z poczuciem humoru; potrafiący, jak tylko tutaj potrafią, zdrobnić każde słówko oraz zjadający co druga literę każdego hiszpańskiego słowa. Na przykład ośmioboczny znak na drogach nazywał on „top”. „Es” gdzieś uciekło.
Czekało nas 250 kilometrów jazdy, 5 cuestas (czyli głębokich wąwozów, które należało pokonać) i mnóstwo gadania po hiszpańsku oraz rożnych dźwięków wydawanych przez naszego kierowcę. W międzyczasie coś w rodzaju geoglifów na pustyni, takie małe Nazca. Choć nie jestem pewien, że były oryginalne.

Ciekawsze dla czytelnika rzeczy, których się dowiedzieliśmy w czasie podróży to:
– Pinochet wbrew temu czego uczą nas (przyznam szczerze, że bardzo namolnie) przewodniki nie był osoba zupełnie złą (oczywiście nie zaskoczyło mnie to). Do dziś polityka w Chile to tak jakby polityka Pinocheta.
– W sobotę było trzęsienie ziemi, po południu. My jakoś nie czuliśmy, siedząc w Autobusie z Santiago.
– Po przyjeździe do Arici, Fernando nam wszystko pokaże i odstawi nas do hostelu, będzie czuł się bezpieczniej.

Po drodze wypiliśmy jeszcze kawkę i zjedliśmy. Dostaliśmy numer telefonu do Fernanda. On każdego tygodnia spala 1700 litrów benzyny jadąc trasą licząca ponad 4000 kilometrów – z Santiago do Arici i z powrotem. Jeśli w drodze do Santiago będziemy na trasie – mamy dzwonić.

Petroglify w drodze do AriciPas do awaryjnego zatrzymywania się. Zupełnie jak w Alpach.Fernando, nasz kierowca.

Arica

Arica była brzydka, jedyna atrakcja, która miała poprawić nam humor – nie działała. Miał to być pociąg, ferrocaril,  do peruwiańskiej Tacny, który jawił się jako atrakcyjniejsza alternatywa dla collectivos, taksówek zbiorowych odjeżdżających sprzed naszego hostelu. Bez żalu za Aricą, ale z sentymentem do Chile wjechaliśmy do nowego kraju.

Informacje praktyczne

Informacje praktyczne

Obydwa „miasta” są wzmiankowane w przewodnikach np.: „Lonely Planet”.

Santa Laura
– darmowy, przede wszystkim infrastruktura „saletrzana”, wewnątrz skromne, ciekawe muzeum. Dużo tablic informacyjnych.

Humberstone – Wstęp 3000 CLP, poza rozproszoną na dużej powierzchni infrastrukturą znajdują się tu osiedla mieszkalne, teatr, sklepy, kościółek
Dla oszczędnych – Laura, dla chcących uchwycić kadry z dzikiego zachodu – Humberstone.
Dla chcących biwakować w okolicy lub lepiej poznać saletrzane przedsiębiorstwa polecam zerknąć na mapę satelitarną i wybrać się np. do „miasta” Don Gulliermo.

Dojazd z Iquique każdym autobusem do miasta Arica. Przystanek jest tuż pod Humberstone, każdy w autobusie wie o co chodzi (nazwę czyta się z angielską wymową). Cena wynosi około 2000 CLP.