Rowerem wokół Bieszczadów

DSC_0296

Małe Morskie Oko, Wihorlat

Rowerowa wyprawa na Ukrainę, Słowację i w nasz Beskid Niski. Choć Bieszczadów nie widzieliśmy ani razu, rzeczywiście pętla zamknęła się wokół nich.

Boże Ciało w Medyce, Sambor, burza.

Idąc w procesji poznaliśmy wschód Polski, krok po kroku oglądając „Zagrody nasze”, widząc jak żyje mała przygraniczna wioska. Zabite deskami okna synagogi, w lepszym stanie siedemnastowieczny drewniany kościół. Po drugiej stronie granicy kościoły będą poniszczone.
Na Ukrainie dało się zrobić wszystko. Jechać busem, który na wschód od tego dużego placu przy granicy, gdzie ukraińskie przekupki wciskają gorzałkę, przyjmie na zawsze nazwę marszrutki. DSC_0030Jechać marszrutką z dwoma rowerami. Za jakieś trzydzieści hrywien w dwie osoby. Wokół nas burza, wysiedliśmy w centrum Sambora i szybko uciekliśmy pod dach. Chwilę później deszcz stał się dla mnie mniej uciążliwy bo trzymałem brązową butelkę z napisem KWAS. Deszcz osłabł, psy pod krzakiem powoli wychodziły ze schronienia, złota kopuła cerkwii zalśniła jeszcze mocniej a na ośmiokątnej wieży dwóch trębaczy rozpoczęło „Po górach, dolinach…”. Na cztery strony świata. Przed kościołem ludzie przystawali i czynili znak krzyża. Niektórzy nie mogąc przejść obojętnie po prostu wstępowali do świątyni. Pod drzwiami kościoła leżał pies.

Miasto Brunona Szulca.

DSC_0038Nawet zadbana mieścina którą osiągnęliśmy jadąc kapitalnie dziurawymi drogami w dymie wielkich ciężarówek. Mały dom z zabytkową tablicą, ryneczek z gotyckim kościołem. Pomnik Mickiewicza, wieszcz patrzy na napis SŁAWA UPA, przedstawiający „gieroja”… Jest spokojnie, nie czuć jednak zapachu cynamonu. Wielka drohobycka bóźnica, o której przeczytam potem na kartach Imperium Kapuścińskiego była w stanie niczym meczety w Górskim Karabachu. Pojechaliśmy dalej, miasteczko przeszło w wieś i zajechaliśmy do jednej z dwóch Drhobyckich cerkwii – cerkwii świętego Jura. Za dwadzieścia hrywien weszliśmy do środka, za drugie dwadzieścia wyszliśmy po drabinie do drugiej cerkwii wewnątrz. Niewiele zapowiadająca, z zewnątrz remontowana drewniana konstrukcja cerkwii, w środku kryje dwa ikonostasy. Coś unikatowego -jeden pod środkową kopułą, drugi tam gdzie zwykle. Drabina z cieniutkich patyczków prowadzi na ten jakby chór, gdzie mieści się szkatułkowa cerkiew w cerkwii.
-Przejdźcie przez ikonostas prawymi drzwiami, przez środek może tylko kapłan-  tak pouczała nas starsza, o wschodniej fizjonomii opiekunka świątyni, zanim wspięliśmy się po wiotkiej drabinie.

Cerkiew jest obdarzona szczególną troską, tak mówiła, w tym roku „ma być UNESCO”. Wychodząc przez małe drzwiczki cerkwii zastanawiałem się, co stanie się z tą drabiną, gdy będzie już w bezpiecznych rękach światowego dziedzictwa, czy będzie można tam wejść. Pokazuję A. świętego wymalowanego na ścianie, z brodą sięgającą kostek.

– swiaty Onufry –  mówi przewodniczka.

A ja przypominam sobie tę sylwetkę z malowanych kościołów Mołdawii.

Truskawiec

DSC_0057

Gdzieś pod Truskawcem.

Naiwni szukaliśmy pizzy na cieście ziemniaczanym, ponoć popularnej w okolicach Drohobycza. Dostaliśmy coś pizzo podobnego, graniczącego z Fast-foodem. Truskawiec to parę drogich resortów i ospały park zdrojowy. Znaleźliśmy jedno ujęcie wody. Jakiś pięćdziesięciolatek kazał mi się sfilmować jak stoi przy fontannie a potem pije wodę z cienkiej strużki wody mineralnej. Truskawiec ciekawie prezentuje się na mapie, jak okrągła tkanka miasta, zatopiona w lesie. Za Schidnicą kończy się asfalt,a my pniemy się jeszcze w górę. W końcu przełęcz –  mknęliśmy w dół doliny, wybierając pomiędzy prędkością a nieuszkodzeniem roweru. W Uryczu było ciepłe popołudnie, skręciliśmy w lewo, znów do góry aby zobaczyć nie takie znowu pospolite w tych górach ostańce z piaskowca. Na najładniejszej grupie z nich bielały ruiny zamku Tustań. Dziurawą drogą jechał autobus pełen emerytów. Tam było dosyć nierealnie. Trochę jak na zachodzie, trochę jak na jarmarku. Zostawiliśmy rowery i podążyliśmy po schodkach na górę, aby dostrzec duże przestrzenie, co rzadkie jest w niskich karpackich szczytach. Z zamku została zadaszona studnia oraz tunel biegnący w grzbiecie skalnym z góry wzgórza oraz nieco murów. Droga, którą przyjechaliśmy łagodnie chyliła się w dół doliny. Wszechogarniajająca zieleń, na południu dzikie grzbiety góry Paraszka.

Skole: jeziorko i wodospady

DSC_0078

Na zamku Tustań.

Niezwykle udany okazał się patent z chorągiewką doczepioną do lewej sakwy. Nawet na głównej drodze ciężarówki wyprzedzały nas z dużym odstępem. Dolina Kamenki. Był ciepły wieczór, już nikt nie pobierał opłaty za wjazd wąską strugą asfaltu gdzieś w górę. Asfalt zresztą też skończył się dwa, może trzy zakręty dalej. Na pewno na moście go nie było. Chwilę później dzikość miejsca zasłonił dym z ognisk przy małych straganach i polu namiotowym. Dalej był piękny wodospad, a nad nim barierka i namalowany na skale jaskrawą farbą napis STOP. Jeszcze wyżej zaczęła się ścieżynka prowadząca do góry po zboczu. Mało kto uwierzyłby opisowi, że prowadzi do jeziora. Nieubłagana topografia, wskazująca, że jesteśmy w dolinie o stromych zboczach przeczyła temu szalonemu wymysłowi. Po pięciu minutach marszu w górę przekroczyliśmy strumyk, a po lewej stronie pojawiło się jednak duże wypłaszczenie. Martwe, albo żurawinowe. Jezioro osuwiskowe, wpół zarośnięte mchami, otoczone potęgą czerwcowej zieleni. Obok wielkie drzewo z pustym pniem. Wróciliśmy szybko ku pozostawionym samopas rowerom, drogę przeciął nam mały lis.

Jedną nogą na Zakarpaciu

Tucholika, oaza spokoju pod szarym, chłodnym niebem. Dwie cerkwie, punkt apteczny, chudy koń. Jedna świątynia lśni złotymi kopułami, na łysej łące; druga w dolinie, otoczona drzewami. Mały, długi mostek prowadzi do niej od gościńca. Jakoś naturalne jest to, że idzie się tam pieszo i nie da się podjechać pod cerkiew samochodem. Zieleń, niebieskie framugi, bzowe ogrodzenia. Wspinamy się górskim grzbietem, na którym ktoś kiedyś wydeptał ścieżkę. Teraz leżała tu smuga dziurawego asfaltu, wokół którego, niczym życiodajnego strumienia skupiły się małe drewniane domy. Wieś jak wiele innych w tej okolicy, niezwykle malownicza.

Klimiec. Jakaś nisza, zawieszona pomiędzy dwoma przełęczami. Kobiety odwracały się, udawały że nie słyszą, w najlepszym razie baraniały i nie chciały rozmawiać. Dwóch facetów pakowało coś do samochodu. Według nich na przeciwległym wzgórzu jest jakaś PEŚĆERA ale to daleko i w ogóle nie wiadomo po co my o to się pytamy. Wrócili o swojej roboty, a tak właściwie to chyba ich całkiem od niej nie oderwałem. Po prostu chyba musieli nam odpowiedzieć cokolwiek. Ciekawi mnie czy kiedyś zrozumiem skąd tam wzięło się tyle nieprzychylności. Do umysłu tłoczyły się myśli o szaleńczym izolacjonizmie… Wszystkie prawie uleciały gdy zjeżdżaliśmy ku Niżniej Worocie cudnymi serpentynami, a potem gdy całe wioski nam radośnie machały.DSC_0174
Podpolzyje. Jak u stóp wulkanu. Góra wyrasta tak stromo, że ciężko wyobrazić sobie jak wygląda jej zbocze. Na szczęście wystarczy głębiej wpatrzeć się między zieleń buków i dostrzec gołoborza. Wymysłiłem sobie kwas i chyba potrzebowaliśmy wodę. A. biegała z baru do sklepu i ze sklepu do baru, i stanęło na tym, że nie ma kwasu w butelce. Ja za to zmierzyłem się twarzą w twarz z  ogorzałym Ukraińcem, który stojąc na wprost ode mnie z ręką na piersi zaśpiewał chyba hymn Ukrainy. Potem spod daszku przy barze na skrzyżowaniu podszedł młodszy mężczyzna. Kazał tamtemu zaśpiewać hymn Rusi zakarpackiej. Tam uwierzyłem, że istniała, że te historie, o maleńkim nietrwałym państwie, działy się naprawdę. Dwóch facetów stoi przede mną na odległość ręki i z ręką na piersi, i niewzruszonym wzrokiem śpiewa ten hymn. Już nie pamiętam czy w swetrach, czy w jakichś wiatrówkach, ale tak samo szarzy jak to pochmurne popołudnie, tak niezrozumiali dla mnie, jacyś zahipnotyzowani, pijani? Nie wiedziałem jak się zachować, stałem prosto i wysłuchałem, a potem pojechaliśmy do Poliany, znów przez cudne zielone tunele drzew nad drogą. Zastanawialiśmy się jak to jest, że w każdej wsi nie może zabraknąć cukierków. We wszystkich smakach, poprzedzielanych w szklanym regale, a jednak smakujących prawie tak samo. Ukraina to szeroki dziurawy asfalt, bezkresne widoki, sok z granatów oraz drobne architektoniczne cudeńka. Wielki dzban przy drodze, z którego lała się strużka wody, w sam raz na odrobinę podróżniczej higieny. Trzeba było skręcić w lewo przed górką z monastyrem w Małym Bereznym, aby dostać się do drugiego przejścia granicznego Ukrainy ze Słowacją.

Jedno z dwóch przejść ze Słowacją

DSC_0339Paszport to twoja historia, która musi być jawna. Na Ukrainie to wszystko jest szczególnie interesujące, kiedy wjechałeś, gdzie byłeś, co robiłeś. Poza tym dlaczego w namiocie, przecież musi być zimno, a co byś zrobił, gdyby ugryzła Cię żmija? Sto jeden? Chyba za bardzo wierzysz tutaj w Europę, śmiech celników Ci o tym podpowiada. Pod sto jeden to chyba nie jest żaden GOPR, tylko raczej strażacy. Dobrze, a po co Ci te dane na ostatniej stronie. Do taty… A po co? Gdyby jakieś nieszczęście… Tak, to wcale nie jest oczywiste, a poza tym na służbie trochę nudno, a my byliśmy ciekawi. A dlaczego ona nie ma nic wpisanego? Posterunek w oszałamiająco zielonej dolinie i paru Słowaków do odprawienia. Granica na wschodzie musi żyć własnym życiem, własnym majestatem, piętnastominutową rotacją zmiany. Dla nas to było ciekawe i wcale nie uciążliwe, poza tym, za jakieś sto metrów zyskamy godzinę czasu. Sto metrów dalej ktoś posłyszał naszą dyskusję o pieczątkach. I tak wbito nam wjazd do Słowacji, taki unikat w nowym paszporcie z 2007 roku. Również znudzeni, również uprzejmi celnicy. Znów zimno w namiocie. I pytanie czy nam działa GPS, bo u rosłego, chyba szefa straży granicznej wcale tu nie chce działać…

Wihorlat

Ubl’a. Tutaj też nie było drogi pod cerkiew. Niedzielna msza święta u grekokatolików jakże ciekawa. Obficie okraszona śpiewem, a jednak niczego z liturgii nie zabrakło. Szafarz z deską do krojenia i nadmiarowym chlebem pociętym w kostki wędruje po kościele rozdając każdemu. Ludzie cenili każdą kruszynę. Ksiądz z łyżką, zanurzał chleb w winie i zręcznym ruchem podawał wiernym. Znów jechaliśmy pod górę. Góry Wihorlat. Wyjeżdżamy na grzbiet jakby krateru, w sercu którego ma być to drugie morskie oko w Karpatach. Czasem spomiędzy drzew wyglądała przeraźliwie płaska przestrzeń ciągnąca się na Węgry. Na szczęście wystawało z niej parę punkcików zaburzających tę bezkresną linię. Kraina zieloności. Zielony Krater. Za pałacykiem skręciliśmy w lewo do Małego Morskiego Oka, ukrytego w unikatowej jedlinie. Sninsky Kamen (1002 m.n.p.m.) był tak magnetyzujący, że pojawiły się tam jakimś przemożnym sposobem nasze rowery… DSC_0364Wypchaliśmy je ponad 300 metrów w pionie pod górę. Płaski wierzchołek kilkunastometrowej skały wieńczący łagodne zielone góry. Pod spodem, trzysta metrów niżej ciemnozielona toń, dalej równina usiana siatką dróg i lśniący zalew. Za plecami bezkres gór i pagórków, który zaczyna się tam, gdzie znikają blokowiska Sniny. Do tego jeszcze słońce i deszcz i tęcza, która swoją wypukłością otacza te góry.  Warto było! Wihorlat przestał być terenem wojskowym, trzeba co prawda uważać, aby nie wjechać weń podczas ćwiczeń, ale można było korzystać z asfaltowej drogi do Sniny.

Słowacki Beskid Niski, Medzilaborce

Brzydki dotychczas pałac w Sninie błyszczy nowością,a pamiątką przeszłości jest jakaś marna buda na środku wybrukowanego podjazdu i jej satelita w postaci psa na łańcuchu. W Pcoline wcale nie było źródeł wody mineralnej, na szczęście młyn w Hostowicach i kosaciec syberyjski dopisał. Wielkie fioletowe kwiaty na zamglonej podmokłej łące. Jakoś smutno było w Beskidzie niskim. Wilgotne dna dolin  zlewały się z nieubłaganie zamkniętym niebem. Mokrzy zajechaliśmy do Svetlic. Tam nostalgiczny sklepik, na wzgórzu pogrzeb.DSC_0372 Łemek prosi nas o kostkę czekolady, tak po prostu. Ukraina ciągnie się za nami w postaci niebieskich małych tabliczek napisanych cyrylicą. Medzilaborce, słynny przystanek w kształcie puszki sosu pomidorowego. Miasto Andy’ego Warhola, choć chyba nigdy tu nie był. Korzystając ze słowackich rozmówek zapytaliśmy, gdzie tu można zjeść obiad. Pani powiedziała, że dalej za torami coś znajdziemy. Owszem było. Przed stołówką żartował z mojego zapinania roweru pijany gość. Wewnątrz zszokowała nas kelnerka, miss ubiegłego wieku, ubrana tak, że dziwiliśmy się czy tutaj przychodzi się na obiad.001-003 Coś dla nas odgrzeją, za sumę, która przedstawiona w euro wydawała się jakąś strasznie śmieszną. Jakieś dwa siedemdziesiąt. Rosół, kosz z pokracznie pokrojonym chlebem, drugie danie raczej letnie, jakieś ziemniaki, sos mięsny; herbata. Dla nas atrakcja dnia. Zostaliśmy zaproszeni na jakiś festiwal, który będzie za miesiąc, a podejrzana pani była niezwykle miła. Reszta stołówki to miejscowi, siedzący przygnieceni do krzeseł ciężkimi chmurami za oknem. Na koniec Czertyżne z zachwycającym kościołem, jakby przeniesionym z Krakowa czy choćby ze Sniny, Użhorodu albo Krosna. Tak niesamowity jak na łemkowską wieś. Kamienista droga prowadziła na przełęcz, gdzie zaczynało się jeszcze dziksze.

Zamykamy pętlę w Polsce

Szare niebo przegląda się w kałużach, a nas czeka droga w dół szerokiej zielonej doliny. Dawniej ludnej, teraz z bujnych traw wystaje krzyż, albo w dole doliny jest jakaś wyrównana przestrzeń, okruch przeszłości, i tak mniej wyraźny niż napis na mapie ubrany w nawias: (Czeremcha). W Lipowcu można było przekroczyć rzekę przez bród. Te brody to dla mnie  symbol Beskidu niskiego, symbol, bądź co bądź, dzikości. Wróciliśmy na asfalt. Przemknęliśmy przez drewniany ryneczek Jaślisk, a potem sunęliśmy na wprost burzy, spiesząc się aby starcie było za przełęczą. Królik Polski z cerkwią i Rymanów z deptakiem zostały za nami, a my w rozpogadzającym wieczorze wracaliśmy do Krosna.

Sambor tuż po deszczu.Bogate domy z okresu drohobyckiej prosperity.Skromne, acz wielojęzyczne oznaczenie domu Schulza.O żydach Drohobyckich można często przeczytać w literaturze. Synagoga obecnie jest w opłakanym stanie.Jedna z dwóch wspaniałych drohobyckich cerkwii.Ukryty ikonostas w cerkwii św. Jura.cerkiew św. JuraZachodnioukraiński kurort.W drodze do zamku Tustań w Uryczu.Ładne piaskowce w Uryczu.Wejście do zamkowego tunelu.U stóp Beskidu Skolskiego.Wodospad w dolinie Kamianki.Gdzieś w drodze na Zakarpacie...Pełnik europejski.Ukraiński odpowiednik tymbarka. Przy czym smak odjazdowy.W drodze na do Pereczyna.Za parę kilometrów opuścimy Ukrainę.Podjazd świetnym asfaltem z Ubli w góry Wihorlat.Patrząc na słowacko-węgierskie równiny.Salamandra plamista na świetnej trasie rowerowej do Morskiego Oka.Morskie Oko, słowackie!W drodze do Małego Morskiego Oka.Z rowerami na Sninski Kamen.Morskie Oko z góry.Skalne formacje w partiach podszczytowych góry.Sylwetka Sninskiego Kamenia, prawie najwyższej góry Wihorlatu.Rezerwat ze wspaniałym kosaćcem syberyjskim: Hostovickie lukyCerkiew w Medzilaborcach.Podwójne nazewnictwo: po słowacku i rusińsku (czyli łemkowsku)Jeśli zachce się nam...