Podróżniczy sylwester w Rumunii? Polecam!

Niecały rok temu rezultatem moich rozważań, jak można wykorzystać całkiem dużo dni wolnego był wyjazd do Rumunii. Dlaczego podróżniczy sylwester? Bo samo hasło ‚sylwester’ może opacznie sugerować jakiś kurort, jakiś dancing albo inne imprezowanie na sali, gdzie za oknem skrzy się śnieg. My natomiast mieliśmy podróż w czasie – 25 letni mercedes zawiózł nas do rumuńskich wsi w górach. Jednakże sylwester to sylwester – był szampan (mołdawski), były petardy (rzucali młodzi na rynku w Turdzie), lampiony (w dolinie nad Rimeteą), tańce (na moście linowym w wąwozie Turda oraz po prostu – z zimna). A do tego spory kawał gór oraz architektury.

dsc_0143

Jaskiniowa Rumunia

Naszym pierwszym przystankiem były globalnie rzecz ujmując – góry zachodniorumuńske, a dokładnie – jaskinia Niedźwiedzia. W gęstej mgle wyszliśmy z samochodu, aby zobaczyć jak wygląda jaskinia udostepniona turystycznie w kraju skondinąd słynącym z najpiękniejszych jaskiń w Europie. I jakkolwiek są piękne to trzeba powiedzieć, że ta gałąź turystyki jest jeszcze w powijakach. Najbardziej podobały nam się liczne stoiska z pamiątkami ustawione wzdłuż wijącej się drogi do jaskini. Tam niektórzy z nas po raz pierwszy spróbowali placinty – rumuńskiego specjału.

Dalej ruszyliśmy już do dzikich jaskiń Bihoru, mianowicie jaskiń Valea Sighistelului. Wąska wapienna dolina naszpikowana naprawdę ślicznymi i dużymi jaskiniami to jedno z najbardziej intensywnych wspomnień z autostopowej podróży po Rumunii sprzed trzech lat. Na wieczór rozbiliśmy namioty u wylotu doliny.

Następnego dnia podążyliśmy wgłąb gór, aby zobaczyć kolejny jaskiniowy klasyk – jaskinię lodową Scarisoara. Niestety, początek zimy, czyli grudzień to najstarszy lód, tak więc wyszło zupełnie odwrotnie niż przewidywałem – lodowych nacieków było mało, ale mimo to jaskinia zrobiła na nas wrażenie. Zwłaszcza posypywanie solą oblodzonej ścieżki po jaskini.

Kontynuując eksplorację Bihorskiej przyrody powędrowaliśmy pod wielkie wywierzysko Izbucul Tauz, znane z nurkowań jaskiniowych Polaków (niestety okupionych tragedią).

dsc_0343

Najbardziej sielski zakątek Bihoru

Bihor to najpiękniejsze niegórskie góry! Najwyższy szczyt niewiele wyższy niż Babia Góra jest od niej jeszcze bardziej płaski. O grani nie ma mowy. Natomiast ilość wszelkich innych form górskich – dolin, wąwozów, jaskiń, wywierzysk, pól krasowych, samotnych wiosek i dzikiej przyrody – jest powalająca. A tradycyjną górską chatę ze spiczastym dachem, która jest ikoną Rumunii znajdziemy właśnie tutaj! Po raz kolejny moje ubóstwianie Bihoru znalazło uzasadnienie. Scarita Belioara. Wielka wapienna ściana zamykająca dolinę. W ścianie wielka jaskinia, a na bliższym planie, na krótko przystrzyżonej łące, w słońcu lśnią się te chatki.

Idziemy na wieczorny spacer. Chatki są otwarte, decydujemy się, że tu śpimy. Mozolne podejście po oblodzonej ścieżce nie jest problemem. Nawet to, że musiałem biec do samochodu po garnek, o którym zapomnieliśmy, nie zaburzyło mojego zachwytu. W chacie wymościliśmy sobie spanie i zrobiliśmy pyszny posiłek, który parując utrudniał poruszanie się po naszej stajence. Rankiem, choć było pieruńsko zimno ruszyliśmy na wycieczkę naokoło skały. Słońce wstając podświetliło cały łuk Karpat – od Alp Rodniańskich po Fogarasze i Retezat. Ze szczytu skały były jeszcze piękniejsze widoki na bezkresne łąki, po których – gdyby tylko był śnieg – możnaby biegać na biegówkach bez końca. Na końcówkę pętli zeszliśmy stromą ścieżką do samochodu.

dsc_0674

Turda i jej skarby.

Zjeżdżając już z gór zaglądnejliśmy do słynnego rumuńskiego wąwozu, gdzie zimne powietrze miało się dobrze, a jedynie szczyty skał kąpały się w słońcu. Lodowe kształty oraz wiszące mosty były bardzo atrakcyjne, zwłaszcza, że było trochę ślisko. Później na szybko pojechaliśmy do Turdy, rumuńskiej Wieliczki, zobaczyć słynną kopalnię soli. I na tym podobieństwa się kończą. No, może poza szarym kolorem solnych korytarzy. Turda jest wielką, przestrzenną kopalnią soli, ale w przeciwieństwie do naszej, wystrój jest nowoczesny. Ciekawie zamontowane światła jak i możliwość rejsu łodzią po jeziorze na dnie dzwonowatej solnej jamy naprawdę robią wrażenie. Zwłaszcza jak jest się jednym z ostatnich gości w roku 2015 oraz gdy obsługa na chwilę gasi światło, bo chce szybciej wrócić do domu na sylwestra. Po wyjściu spacerujemy po niesamowicie zimnej Turdzie i robimy ostatnie zakupy na sylwestrową noc.

dsc_0823

Sylwester na zamku!

A gdzie będziemy świętować? Na Szelkerszczyźnie. Szeklerzy to węgierskojęzyczna grupa etniczna mieszkający w Siedmiogrodzie – niedaleko Turdy znajduje się przecudnie ustytuowana wieś Rimetea, gdzie możemy zobaczyć kwitnącą ich kulturę. Zlokalizowana jest u stóp pięknej góry zwanej „skałą szeklerów”. Na jednym z okolicznych pagórków sytuuje się wspaniały zamek.

-Wjedź ty – wszyscy są jakoś zgodni, natomiast ja mam przed sobą oblodzoną, stromą, zakręcającą drogę wśród pól, a samochód, którym jadę, ma napęd na tylną oś i jest dieslem, który nie lubi wysokich obrotów.

Z rozpędem ruszam i szczęśliwie nie wylatuję z drogi podjeżdżając bezpośrednio pod łąkę pod zamkiem. Na zewnątrz całkiem mroźno, około minus dziesięciu – deliberujemy więc co lepsze – ognisko pod zamkiem, czy bez ogniska, ale w zamkowej baszcie. Bardziej romantyczny pomysł wygrywa pomimo zimna i po ciemku wspinamy się na zamek. Baszta ma fragmenty stiuków, ale doskwiera nam brak dachu. Rozbijamy namiot i szykujemy staroroczną wieczerzę. W namiocie aż ciasno od grubych śpiworów – robi się coraz bardziej sennie. I najbardziej imprezowy wieczór roku jakoś powoli cichnie. No, ale jest szampan i inne nalewki, które jakoś pozwalają części z nas świadomie doczekać roku 2016. Świętujemy na murach zamku patrząc jak z Rimetei wypuszczane są lampiony. Na tle przeciwległych wzgórz wyglądają jak leśne ogniska. Gdy tylko wylecą ponad pagórki – zwiewa je wiatr. Naokoło niesamowity spokój. Rozpoczynamy kolejny rok szalonych biwaków, kto wie, jeśli przyjdzie nam spędzać sylwestra w Polsce, będzie to najdłuższy rok w życiu – bo przestępny i o godzinę dłuższy – Rumunia jest o godzinę do przodu.

dsc_0850

An nou fericit! – Szczęśliwego Nowego Roku

Rano widoki są prześliczne. Zbieramy się i schodzimy do samochodu, gdzie spotykamy pasterza ze swoim stadem. Na noworoczny wypas wyposażamy go w słodycze i ruszamy do Transylwanii, a przynajmniej do jej granic. Aiud jest przecudny, wszystko skupione wokół obwarowanego kościoła. Miasteczko śpi. Dalej jedziemy na greckokatolicką mszę świętą. Jedyna taka, w której uczestniczyłem na Słowacji trwała godzinkę. Tutaj jednak uroczystość po dwóch godzinach wcale nie wskazywała, że ma się ku końcowi. Przy Eucharystii kapłan pyta kto my, jaki kościół – nie chce by sprofanowano Hostię. Dalej w pięknym noworocznym słońcu jedziemy do Alba Iulii, która jest jednym z piękniejszych miast Rumunii. Cała otoczona głęboką fosą, wewnątrz mieści bardzo stylową starówkę i piękne kościoły. Oglądamy tyle ile przy takiej temperaturze jest możliwe. I ruszamy w góry.

dsc_0976

Ugryźć Retezat

Retezat, góry z ponoć najgorszą pogodą w ciągu roku, daleko jest do wszystkiego, a my porywamy się na półtora dnia do ich serca. Na lśniącej drodze nasz samochód z lekka się kołysze, zakładamy łańcuchy. Potem, w mroźną noc zastajemy schronisko Cabana Pietrele puste i ciche, musimy iść dalej. Drugie schronisko Cabana Gentiana tętni życiem, masa konkretnych turystów – w kuchni jest kolorowo od szpeju tak jakby była to Austria. Nieco ździwiony naszym przybyciem gospodarz prowadzi nas na strych. W mroźną noc, gdy temperatura spada poniżej -20 stopni strych wydaje się idealny. Dostajemy „pokój – łóżko”, na którym bez trudu mieścimy się w piątkę. Nazajutrz dzielimy się na grupki – każdy robi co mu miłe. My z Agnieszką chcemy wejść na Retezat (2482), szczyt imiennik. Nie wzięliśmy czekanów z Polski, bo nie zakładaliśmy dzielenia się na zespoły więc tylko z rakami wychodziliśmy stromym żlebem. Niestety – pylisty głęboki śnieg zmusił nas do odwrotu niemal spod szczytu. Natomiast widoki i tak były niesamowite, a wspinaczka po granitowym gołoborzu wzbogaciła nasze górskie doświadczenie.

dsc_0844

Rumunia? Rzut kamieniem.

Jak już zaczęliśmy wracać z gór, to wszystko potoczyło się szybko. Uznaliśmy, że nie ma sensu spędzać jeszcze jednej nocy na mrozie – postanowiliśmy wracać w nocy. Najpierw całkiem sprawnie zeszliśmy do samochodu, potem ugotowaliśmy obiad z tego co zostało i ruszyliśmy w dół. W Devie włączyliśmy się na autostradę i tak aż do Słowacji. 3 stycznia nad ranem, po około 12 godzinach od zdjęcia łańcuchów z kół w Retezacie, trafiliśmy do Krakowa, zaprawieni w zimnie, zachwyceni Rumunią kawalswiatafb

Co więcej o tym rejonie?

Robert Makłowicz gotuje na trawie (jak my) tylko po drugiej stronie doliny.

Moje wspomnienia z Bihorskiej niedzieli.