Połonina Borżawa zimą | Боржава взимку

DSC_0056

Wigilia we Lwowie

Idac szóstego stycznia z głównego dworca po zalanym sloncem mroźnym placu widzialem słomiane świąteczne ozdoby i świerkowe gałęzie do przygotowania stroików. Był wigilijny poranek, szliśmy do budki z napisem НАПОЇ i żartowaliśmy, że to pewnie jakaś azjatycka knajpa. Jedzenie stało się na ukrainie jeszcze tańsze hamburger kosztował niecałe dwa złote. Obok na ulicy, na ośmiostopniowym mrozie leżały granaty, mandarynki i banany. Jadąc tramwajem wszczęliśmy ogólną dyskusję o tym jak dojechać na ulicę Łyczakowską; starsze panie, Polka i Ukrainka obszernie nam wszystko wytłumaczyły, po czym pani motorniczy w śliwkowym swetrze i białym berecie (zauważyliśmy ją jeszcze z marszrutki z Szeginii) wyszła zza „kierownicy” i wytłumaczyła nam to wszystko raz jeszcze, odrobinkę inaczej i ponarzekała na pomocne nam panie, że jakoby wprowadzają nas w błąd. Ach, ten nerwowy temperament połączony z chęcią pomocy. Zdążyliśmy na ostatnią chwilę na Mszę do kościoła św. Antoniego. Jasna fasada i zielony dach lśniły się, wyraźnie odcinając się od szarości ulicy Łyczakowskiej. Msza była po ukraińsku, a naszą uwagę zwróciła tablica mówiąca,że tu ochrzczony został Zbigniew Herbert. Na koniec była modlitwa o pokój i wyjście z kryzysu Ukrainy. Zgodnie z zaleceniami miłych pań wsiedliśmy w tramwaj 10 i tak dojechaliśmy na wakzal. Całe nasze nieporadne podróżowanie po Lwowie kosztowało nas złotówkę od osoby.

Pociąg do Użhorodu

Na początku wpakowalibyśmy się do pociągu do Charkowa co nie byłoby obecnie najszczęśliwszym pomysłem. Wkrótce przyjechał nasz pociąg, podobny trochę do elektriczki. Numerowanie miejsc jest świetnym pomysłem, skoro masz bilet, musisz mieć miejsce. Była godzina siedemnasta, tutaj o tej porze było jeszcze jasno, siedzieliśmy koło miłej rodzinki dla której byliśmy niewątpliwą atrakcją. Jednak wiele nie porozmawialiśmy, bo u mnie z rosyjskim dość słabo, a co dopiero z Ukraińskim. W nocy zajaśniała nam znajoma nazwa stacji: Beskid. Chwilę za nią wjeżdżaliśmy w parokilometrowy tunel, po którego drugiej stronie czekała nas najdłuższa z połonin – Borżawa.DSC_0005

Wigilijna noc

Wysiadamy na mroźny peron w Wołowcu. Wszyscy obok nas spotykają na peronie swoich bliskich, my zaś przechodzimy przez dworzec i maszerujemy cichą ulicą „osiedla typu miejskiego” (селища міського типу, w skrócie CMT)… W oknach światełka, przez ciemną wieś maszerują gromady dzieci i śpiewają kolędy. To tu, to tam ktoś jeszcze zjeżdża na sankach po mroźnym, puszystym śniegu. My zaś szukaliśmy zgubionego przed chwilą szlaku i wkrótce wyszliśmy nad wieś ciesząc się iście świątecznym widokiem przysypanej śniegiem wsi w dolinie z rozświetlonymi kwadracikami okien.

Stromo do góry

Noc była pogodna, a my przespaliśmy budzik. I dobrze, bo o ósmej termometr pokazywał -20,0° . Nad głową widzieliśmy nasz pierwszy szczyt Cicka (Ціцька), który trochę jak Giewont górował nad miejscowością. Przy czym krzyż był prawosławny. Zanim tam doszliśmy czekało nas strome podejście i piękny jodłowy las. Tam też po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z tutejszymi oznaczeniami szlaków, które mogą być nieco mylące. Początkowo szliśmy starym żółtym, a następnie, ładnie przygotowanym czerwonym.DSC_0025

Nareszcie połonina!

Gdy wyszliśmy ponad granicę lasu ukazała nam się śliczna panorama. Poza niewysokimi pagórkami i nielicznymi wioskami na zachodzie dostrzegliśmy trzy ośnieżone masywy. Jeden z nich to rozległa kopa Połoniny Równej. Najbardziej jednak zaskoczył mnie stromy szczyt o wysmukłym kształcie, wówczas gotów byłem nazwać go Matterhornem. Taki szczyt o takim kształcie nie pasował do mojego wyobrażenia o tej części Karpat, a jednak. Tak po raz pierwszy poznałem Pikuja. Wydaje mi się, że jego zdobywcy nie wiedzą, że dopiero z daleka jest tak ładny.

DSC_0043

Wyszliśmy na Cickę, a stamtąd roztaczał się widok na dalszą część grzbietu. Nad wszystkim górował Stij, a pod nim całkiem niepozornie rysował się płaski Płaj (1323 m.n.p.m.) Na szczycie Temniatyk pojawiło się pierwsza tabliczka. Na Płaj trzeba iść godzinę. Pomimo że wiedzieliśmy, iż w stacji meteorologicznej możemy spotkać miłych ludzi i dostać wodę, powierzchniowo zmrożony śnieg nas nieźle zmęczył i pod szczytem zaniechaliśmy tam wchodzenia. Przed naszymi oczami piętrzył się coraz bardziej Welikij Wierch. I kusiła coraz bardziej ścieżka ścinająca drogę pod szczytem w stronę Stija.

Nie bagatelizuj!

Jako że śnieg w większości miejsc nie przykrywał ciemnych gałązek borówek, ciężko było mówić o zagrożeniu lawinowym. I tak myśląc wybraliśmy ścieżkę trawersującą Welikij Wierch w stronę grani Stija. Po chwili zobaczyłem przed sobą warstwę nawianego śniegu. Stwierdziłem, że kilkudziesięciometrowa poducha jest nad stromym zboczem i mogłoby być niewesoło, gdyby osunąć się choćby parę metrów. Gdy przeszedłem nad tym polem i odwróciłem się, zobaczyłem wyraźnie całość zbocza. W innym nawianym miejscu były zerwane dwie deski śnieżne.

DSC_0114

Lawinisko z Pikujem w tle.

Wtedy uświadomiłem sobie jak dobrze, że ominęliśmy nawiane miejsca. Potem na naszej ścieżce znów było pole śnieżne, więc uznaliśmy, że koniec już tego trawersu i wyszliśmy prosto na szczyt. Z łagodnego wierzchołka rozciągała się wspaniała panorama sięgająca aż po Rumunię i węgierskie równiny. Oprócz tego dostrzegłem po raz pierwszy w życiu lawinisko po lawinie pyłowej. Żeby taka mogła powstać potrzebny jest absolutnie niezwiązany śnieg na bardzo stromym zboczu. Taki śnieg jaki spadł tu dwa dni temu.
-No, nieźle, czego jeszcze nie zobaczę w tych górach- pomyślałem
Na niewielkim wypłaszczeniu rozbiliśmy namiot, zostawiając niezdobyty Stij na jutro.

Panorama 360 stopni z Welikiego Wierchu

Wiatr, jak zwykle

DSC_0125

Widoki na Sinewir,a może i Czarnohorę.

Wiało całą noc… Rano widać było dalszy grzbiet, ale Stij leżał pod czarną chmurą. Po wczorajszych „lawinowych” przeżyciach baliśmy się, że zejście z Wielkiego Wierchu będzie po ewentualnym opadzie śniegu, jakkolwiek to grzbiet, lawiniaste. Na szczęście, były to wybujałe fantazje ukute pod telepiącym na wietrze namiotem. Wiatr wiał rzeczywiście, ale zejście czerwonym szlakiem było chyba nawet łagodniejsze niż grzbiet prowadzący na szczyt od strony stacji meteorologicznej. Stojąc już pod szczytem zauważyliśmy poprawę pogody. Zostawiliśmy więc plecaki i postanowiliśmy zdobyć Stij.

Grzbiet/ grań Stija. Co Cię nie zabije…

Oczywiście śmierć jest tutaj przenośnią wszystkich tych udręk związanych z zapadaniem się w śniegu. Czasem tylko zdarzały się miejsca zupełnie twarde, poza tym dominowała zmrożona warstwa na powierzchni puchu, która czyniła każdy krok męczącym. Łukasz miał się dużo lepiej, ja należę do klasy ’cięższej’, zapadającej się…

Szczyt na przemian odsłaniał się i znikał, a nam towarzyszył złoty deszcz podświetlonych słońcem drobinek śniegu.

Idąc ściśle granią czekało nas jedno strome miejsce, które, wydaje mi się, byłoby latem trudniejsze (ale latem nie trzeba iść ściśle granią) Wkrótce po tym byliśmy w partiach podszczytowych, które są już łagodniejsze. Na szczycie oprócz ośnieżonych krzyża i triangula znajdowały się fundamenty rozmontowanych już ruskich kopuł stacji radarowej. Powrót do plecaków był tęsknotą za wodą zostawioną w termosie w plecaku.

Panorama 180 stopni z grani 

Ostatnie kroki na połoninie

Miejsce pod szczytem Wielkiego Wierchu cały czas było w słońcu, więc postanowiliśmy raz a dobrze uzupełnić zapasy wody. Hymba co jakiś czas odsłaniała się z chmur i dostrzegliśmy tam parę osób oraz skutery śnieżne. Mniej więcej wtedy minął nas też jedyny turysta, którego spotkaliśmy. Dalszy marsz grzbietem był łatwy i przyjemny. Przyglądnąłem się bliżej lawinie pyłowej, a potem stopniowo zdobywałem szeroki i płaski wierzchołek Hymby. Na szczycie, wyratrakowanym bądź wyjeżdżonym innymi „łunochodami” leżała zaspa śniegu, którą postanowiliśmy użyć za wiatrochron dla naszego namiotu. Jednak zanim poszliśmy spać, postanowiliśmy urządzić sobie spacer na lekko.

DSC_0288

Pożegnanie z Borżawą na różowo

Komunikacja Borżawy ze światem nie jest zła, wszak wyjeżdżając z Wołowca o 10 da się trafić do Małopolski jeszcze tego samego dnia. Jednak, gdybyśmy kontynuowali trasę grzbietem, to zakładanie, że zdążymy z Miżhirii do Wołowca na poranny pociąg mogłoby być dość ambitne. Inaczej mówiąc, nie chcieliśmy dodatkowo nocować we Lwowie, widoczność miała spaść, postanowiliśmy zatem z Hymby zejść do Pilipca.

Wiara w pogodny zachód słońca pognała nas jednak, już bez plecaków, w stronę Magury Żyde, ostatniego szczytu powyżej 1500 m.n.p.m. W połowie marszu zorientowaliśmy się, że nie mamy ze sobą czołówek więc trzeba będzie się spieszyć. Po przejściu dwóch pagórków ukazał się nam trzeci, ze słupkiem, chyba szczyt… Weszliśmy nań, strząsnęliśmy śnieg z tabliczek, a tam ukazał się tylko czerwony kolor szlaku i ani słowa. Równocześnie zasłona chmur uniosła się nieco nad szczytami i okazało się, że Magura to spory szczyt, leżący o jedną przełączkę dalej, a my stoimy na bezimiennym pagórku. Uznaliśmy, że Magurę zostawimy na kiedy indziej.

Piąta trzydzieści

Wiatr wiał wściekle z lewej strony. Czołówka rozświetlała ciemności na tyle, żebym widział ślady płoz skutera śnieżnego oraz miliony przelatujących mi przed oczami drobinek śniegu. Gdy usiadłem, żeby chwilę odpocząć, wiatr zawiewał do tyłu i śnieg lepił się do twarzy i tak jak w opowieściach o burzy piaskowej – wciskał się wszędzie. Gdy znikał ślad wzdłuż którego szliśmy trzeba było zejść parę metrów niżej w zawieję, w nieznane, a wtedy szlak szczęśliwie ukazywał się z powrotem.

Tak wyglądało zejście z Hymby, we wczesnych godzinach rannych. Pogardzane przez nas wczoraj skutery śnieżne wybitnie pomogły nam odnaleźć drogę. Bo polegać wyłącznie na gpsie i iść w dół śnieżnego stoku w takich warunkach to spore wyzwanie. W końcu dostrzegliśmy ratraki i skutery i okazało się, że jesteśmy na szczycie stoku. Chwilę potem widzieliśmy już pierwsze światło wsi Pilipiec. Gdy zeszliśmy na dół, zobaczyliśmy śpiący kurort. Może nie Zakopane, ale jak na Ukrainę bardzo urocze. Pod jakimś pensjonatem, jeszcze po ciemku pan odśnieżał plac. Zagadnęliśmy go i powiedział, że najłatwiej do Wołowca będzie dotrzeć idąc przez pola do Podobowca, a następnie łapać samochody. Tak więc tuż przed świtem szliśmy śliską drogą do następnej, mniej oświetlonej wsi. Dreptaliśmy zaśnieżoną drogą między domami, aż w końcu mignęło nam przed oczami światło samochodu. Asfaltowa droga była tuż tuż, a przy niej zatrzymał się właśnie van.

-Do Wołowca? – zawołał kierowca w stronę dwóch czołówek.

Uświadomiliśmy sobie, że to straszny fart i z radością wsiedliśmy do samochodu. Wbrew moim wątpliwościom parę aut jechało tą drogą jeszcze po ciemku, a sama przełęcz była przejezdna. Paręnaście minut przed ósmą zajechaliśmy pod dworzec i tak jak spora grupa ludzi czekaliśmy na pociąg do Lwowa.

DSC_0312

Epilog

Powrót za dnia pozwolił nacieszyć oczy widokiem karpackiej wsi. Każdy powinien zobaczyć tą harmonię architektoniczną, bez szpetnych kolorowych tynków. Z domami gdzieniegdzie rozrzuconymi na zboczach doliny, otoczonymi drewnianymi ogrodzeniami. Z wielkimi kopami siana przypruszonymi śniegiem, niczym lukrem. A co parę zakrętów rzeki, na najdostojniejszych pagórkach stały masywne cerkwie ze swoimi trzema hełmami. Jakże inny to widok od naszego podbeskidzkiego chaosu. Minęliśmy Skole, góry się skończyły, pozostało odliczać czas do przyjazdu do Lwowa by zrzucić zbyt ciepłe już ubrania. Po drodze jakiś facet śpiewał kolędę i zbierał pieniądze. Był przebrany jak choćby święty Mikołaj, choć widać było, że mitrę dokleił do maski p-gaz i z tyłu sterczała mu para szklanych ślepii.

Christus rozdżajet’sia!

DSC_0318Cały powrót mijał w świątecznym charakterze. Kolędy wręcz monotonnie brzmiały w głośnikach, ślicznie ubrani kolędnicy i kolędniczki na przystankach, czterech może dziesięcioletnich ‚królów’, podjeżdżających marszrutką pod Mościskami. Lwów był subtelnie przysypany śniegiem i przyjemny do spacerowania. A wojna? Ten kto nie chciał widzieć, niewiele dostrzegł. Bo tutaj rzeczywiście niewiele się zmieniło. Jest więcej flag narodowych, więcej osób nosi ubrania z trójzębem czy w niebiesko-żółtych barwach. W oknie jednego z budynków na rynku wisiała lista poległych na wojnie, w kościele św. Elżbiety stała zaplombowana puszka na datki dla Armii. I oczywiście hrywna warta dwadzieścia groszy…

 

 

Zdjęcia

Pagórki ponad Wołowcem.Wspaniałe wielkie jodły.Przed najbardziej stromym odcinkiem szlaku w drodze na Cickę.Tuż przed połoniną znajdują się lasy liściaste, inaczej niż np. w naszych Tatrach.Które zwierzę robi takie kroki?Pikuj i Połonina Równa.Patrząc w kierunku Lwowa.Krzyż na pierwszym szczycie połoniny.Temniatyk, początek dobrego oznakowania na grzbiecie.W stronę stacji meteorologicznej.Budynek po lewej u dołu to tzw. stara sirowarnia. Przeznaczenia każdy może się domyślić.Stij w całej okazałości.Pikuj i Cicka.Obchodzimy poduchę nawianego śniegu, za nią lawinisko.W lewym rogu charakterystyczny kształt lawiniska pyłowego.Zachód gdzieś nad Bieszczadami.Poranek, nie widać słońca, za to księżyc mocno świeci.Stij (1681 m.n.p.m.)Pozostałości po kopułach dawnych radarów.Stromy odcinek grani Stija.Patrząc w stronę Hymby.W kierunku Magury Żyde.Kaplica Boimów.

Informacje praktyczne

styczeń 2015

Połonina Borżawa to najdłuższa z połonin w paśmie ukraińskich Karpat.

Zakarpatska-001

Orientacyjny przebieg trasy przebytej w 2,5 dnia.

Dojazd:
O dojeździe do Lwowa nie napiszę wiele bo temat był przerabiany wiele razy. Dodam tylko, że zimą, a zwłaszcza w święta trudniej jest o marszrutkę na trasie Przemyśl – Medyka. Szóstego stycznia nie jechały ani marszrutki, ani autobusy więc dostaliśmy się taksówką na granicę (5 zł). W drodze powrotnej jechaliśmy też taksówką z innymi ludźmi (4 zł po targowaniu).
Do Wołowca najłatwiej jest dojechać pociągiem. Jasno i klarownie jest to rozpisane na (sic!) stronie kolei niemieckich DB. Trzeba tylko wpisać nazwy w transkrypcji, czyli Lvov i Volovec. DB jednak nie ma w bazie elektriczek, a tylko dalekobieżne pociągi. Tak więc poza tym co znajdziemy w Internecie, jest jeszcze pociąg do Lwowa z Wołowca o 10:23. Zapewne istnieją ukraińskie strony z opisem wszystkich pociągów, ale moje doświadczenia z nimi są złe.
Cena w wagonie obszczij wahała się od 25 do 35 UAH we Lwowie, w Wołowcu płaciliśmy 30 UAH.
Jeśli chodzi o dojazd z Podobowca do Wołowca to po prostu trafiliśmy na przejeżdżającą marszrutkę. Kurs kosztował nas 20 UAH/os, czyli dość sporo, ale nie mieliśmy możliwości się targować.

Mapy:
polecam mapę Adama Rugały z jego strony, choć korzystałem również z map wydawnictwa kartografija (w wersji cyfrowej) oraz dawnych map sowieckich.

Ważne telefony:
Podawany na oznaczeniach szlaku numer telefonu do bliżej nieokreślonej „Riatuwalnej służby”: (+380312)660701