Foire du Bourail – największy odpust na Nowej Kaledonii!

Co prawda z odpustem w klasycznym tego słowa znaczeniu impreza nie ma wiele wspólnego ale my akurat trafiliśmy tam po i dzięki niedzielnej Mszy Świętej. Ale zacznijmy od początku …
Siódma trzydzieści, nad Bourail wisi mgła, a w okolicach kościoła gromadzi sie coraz więcej ludzi. Idziemy na mszę,  wcześniej czytając teksty z Pisma Świętego, bo dzisiejszego czytania o Ebed Meleku z pewnością nie zrozumiałbym po francusku. Dostaliśmy drukowane śpiewniki i tradycyjnie padło pytanie skąd jesteśmy :

– Z Polski? Niedawno my byliśmy u was, teraz zamiana, co?

Na ogłoszeniach zostaliśmy przywitani oficjalnie, a po mszy był tradycyjny poczęstunek i tak poznaliśmy lokalną społeczność, gościnną społeczność.

Tutaj też zapytano nas czy byliśmy na Foire du Bourail, bo właśnie w ten weekend jest ta impreza. My o niej czytaliśmy,  ale nic w Bourail nie wskazywało, że właśnie odbywa się tutaj festiwal agronomiczno-farmerski przyciągający 25 tys. gości, czyli co 10. Kaledończyka.

– Tak, ale impreza jest 8km stąd, w stronę Noumei. Mogę Was tam podrzucić, o której macie dziś ten lot?

-O 18.

– No to na rodeo nie zdążycie, ale i tak jest tam ciekawie!

Wjazd na imprezę – ruch na bramkach jak na autostradzie A4 po południu 😉

Pierwszy z brzegu był kącik lokalnej gastronomii. I od razu takie ciekawostki jak Bougna! Tradycjne danie przygotowane na gorących kamieniach i przykryte liśćmi i korą palmowa. Normalnie Bougne trzeba zamówić dzień wcześniej bo jest to przedsięwzięcie, a my, śpiąc w namiocie nie mieliśmy szans na organizację czegoś takiego. A tutaj, z racji dużej ilości ludzi i dużej „produkcji” mogliśmy spróbować tego dania.

Co jest wewnątrz?  W liście zawinięte są kawałki taro, manioku, ignama, buraka oraz kurczak bądź krewetki. A to wszystko w mleku kokosowym!

Stoisko mięsożerców, jak głosi napis – jak dobrze być mięsożernym!

A obok w lodówkach wiszą tusze wołowe i wieprzowe, zwycięzcy w tegorocznych zawodach na najlepszą sztukę mięsa na wyspie.

Dalej można było kupić koguta za dwieście złotych.  Co lepsze sztuki były już sprzedane, nadszedł czas na przeceny.

Korzystając z faku, że tą imprezą żyje cała Nowa Kaledonia, policja również stworzyła stoisko edukacyjne. Można było przespacerować się w okularach imitujących spożycie alkoholu, albo palenie marihuany. Ponadto była bardzo ciekawa symulacja zderzenia samochodu ze ścianą. Wsiadało się do starej karoserii renaulta i opadało się po pochylni. Potem pytano nas jak odczuliśmy tę prędkość, bo rzeczywista była bardzo niewielka -10 km/h. Jak dla mnie ostre hamowanie bez zderzenia bardziej wciska w pasy niż to. To wszystko pokazywano dlatego, że miejscowa ludność znana jest z picia, palenia i szybkiej jazdy jednocześnie.

Z kolei stanowisko warzywne zaprezentowało nam jak wygląda ignam, roślina mająca kulinarno-kulturalne zastosowanie, są ignamy do jedzenia i są ignamy „od święta”

Ponadto wspaniałe syropy z wanilii, szkoda tylko, że odlatywaliśmy tego samego dnia, bo trudno u nas dostać tak aromatyczny syrop.

Kolejne stanowisko prezentowały różnorakie rośliny, w tym służące do barwienia czerwone owoce (nie pamiętam nazwy)

Jeszcze kurkuma i jej przetwory (curry) oraz pomelo które na pacyfiku są bardzo apetyczne

Czas na pokazy. Był tor dla jeepów/łazików.
Był tor gokartów i ranczo oraz konkurs piłowania drewna na czas.
Policja pokazywała również umiejętności swoich psów. Na czas imprezy w jednym z niewielu murowanych budynków ulokował się bank, bo i sumy bywają tu duże – można kupic wszystko, od koguta po motorówkę.

Parę geograficznych ciekawostek: Stoisko gastronomiczne z Wyspy Belep oraz rękodzieło z Wallis i Futuny.

A na koniec mieszkańcy Nowej Kaledonii:


Nawet tutaj mają thermomixa!

Tak się bawią po drugiej stronie półkuli!